wtorek, 15 listopada 2016

Rosalynn / Louisa May Alcott

Moje poszukiwania w ramach nostalgicznej podróży w świat książek z dzieciństwa zawiodły mnie do pisarki, z którą po raz pierwszy zetknąłem się już wiele lat temu i którą, mimo moich wszelkich zarzutów wobec jej na wskroś sentymentalnych powieści o czterech siostrach March (Małe kobietki i Małe kobietki 2/Dobre żony [Little Women, 1868; Good Wives, 1869]), darzę dużą sympatią.

Louisa May Alcott

Ponieważ obie te powieści są szeroko znane a ja z kolei wolę odkurzać zapomniane tytuły i przybliżać je polskim odbiorcom, postanowiłem nie pisać o Małych kobietkach (również dlatego, że czytałem je dość dawno temu i nie mam specjalnej ochoty odświeżać ich lektury). Zaciekawiły mnie jednak inne tytuły tej autorki, dlatego zacząłem poszukiwać ich polskich wydań. Przed laty czytałem jej bardzo wczesną powiastkę zatytułowaną Tajemnica Edith (The Inheritance, 1849 [opublikowana dopiero w 1997 roku]). Mimo tego, że opowieść ta jest bardzo sentymentalna i z pewnością nie może uchodzić za arcydzieło, zaintrygował mnie w niej fakt, że autorka poruszyła w niej zupełnie inną tematykę niż uczyniła to później w swoich słynnych powiesciach amerykańskich, sięgała tutaj do popularnego gatunku powieści grozy i przenosiła akcję do krajów europejskich (w tym przypadku Anglii, chociaż bohaterka tytułowa jest z pochodzenia również Włoszką). Pod względem fabuły było tej powieści jednak zdecydowanie bliżej do Jane Austen aniżeli do L.M. Montgomery.

W ostatnim czasie sięgnąłem po pozostałe wydane w Polsce powieści Alcott. Jedną z nich jest Rosalynn, której piękny tytuł sugerował mi kolejną powieść gotycką tudzież sentymentalny romans rozgrywający się wśród mrocznych szkockich wzgórz... Tymczasem powieść okazała się czymś zupełnie innym, gatunkowo bardzo zbliżonym do Małych kobietek. Podczas lektury pierwszych rozdziałów, oczekując punktu zwrotnego w posuwającej się naprzód w żółwim tempie akcji, zadawałem sobie co chwila pytanie co to właściwie ma być?; czyta się koszmarnie, tłumaczenie jest bardzo koślawe (że o wydaniu nie wspomnę, prawdziwy horror! – ale o tym jeszcze za chwilę), tekst jest jakby pocięty, brak ciągłości akcji. Moje przypuszczenia zaczęło się wyjaśniać w momencie, gdy zacząłem zagłębiać się w dzieje wydawnicze tego tytułu... Okazały się one dużo ciekawsze od samej powieści, wręcz niesamowite, i właściwie temu tematowi chciałem poświęcić ten wpis.

Rozalii Bernsteinowej, pierwszej polskiej tłumaczce Ani z Zielonego Wzgórza, zarzuca się nagminnie wręcz „rzeźnickie” potraktowanie oryginału L.M. Montgomery; przyczyną takiej oceny są skróty i braki wyeksponowania cytatów literackich oraz dość daleko idące spolszczenie realiów kanadyjskiej prowincji (słynne „dworki” zamiast „farm”, „księża” zamiast „pastorów” itd.) W porównaniu jednak z potraktowaniem przez wydawców polskich materiału, z którego powstała Rosalynn Louisy May Alcott, Bernsteinowa mogłaby uchodzić za tłumaczkę wręcz wzorcową.

Okładka polskiego wydania powieści z 1992 roku - imię autorki wydrukowano z błędem jako Luisa May Alcott

Na sam początek – tytuł. W książce wydanej w 1992 roku przez poznańskie wydawnictwo Geminus-Res Rosalynn figuruje również jako tytuł oryginału; tymczasem w bibliografii Louisy May Alcott tytuł taki nie widnieje w ogóle. Co ciekawsze, po przejrzeniu oryginałów, do których udało mi się w końcu dotrzeć, stwierdziłem ze zdziwieniem, że w oryginale bohaterka tytułowa nie nosi wcale imienia Rosalynn, lecz Rosamond, zdrabniane do Rose. Skąd więc decyzja o wydaniu książki pod tym właśnie tytułem i przemianowanie bohaterki na Rosalynn? Czyżby były to cele marketingowe?

Rynek książki młodzieżowej wczesnych lat 90-tych poprzedniego wieku polegał w lwiej części na wznawianiu tytułów, do których prawa (autorskie i tłumaczeniowe) już wygasły; były to więc pozycje wydane jeszcze w okresie zaborów (późny wiek XIX, wczesny XX) tudzież w latach międzywojennych (tak jak było w przypadku The Lamplighter [Latarnik z Bostonu/Tajemnica Gertrudy] Marii Susanny Cummins czy Rebeki ze Słonecznego Potoku Kate Douglas Wiggin). W przypadku Rosalynn wydawnictwo Geminus-Res popełniło adaptację – do czego się zresztą przyznaje, nie podając informacji o osobie odpowiedzialnej za tłumaczenie dzieła. Adaptacji dokonała Maria Ginter, która – do czego udało mi się dotrzeć – wydała w tym wydawnictwie również repetytoria przedmaturalne zatytułowe Przed egzaminem z języka polskiego. Czy jest to ta sama Maria Ginter, która napisała popularne na przełomie lat 80-tych i 90-tych powieści biograficzne Galopem na przełaj, Z wiatrem, pod wiatr i Po rosie, po grudzie – nie wiem, wydaje mi się, że jest to jednak zbieżność nazwisk.


Powieściami, które „złożyły się” na naszą polską Rosalynn, były Eight Cousins, or the Aunt-Hill (1875) oraz jej kontynuacja Rose in Bloom (1876). Oba te tytuły cieszą się do dziś umiarkowaną popularnością (zawsze w końcu pozostaną w cieniu Małych kobietek, aczkolwiek wykazują z nimi wiele podobieństw). Pierwsza z nich opowiada historię osieroconej dziewczynki – Rose – która, będąc wychowywana przez starsze ciotki, przejawia symptomy chorób i depresji. Dopiero w momencie, kiedy  wychowania dziewczynki podejmuje się jej stryj, bohaterka zaczyna bawić się ze swoimi rówieśnikami, przede wszystkim ze swoimi siedmioma kuzynami – mimo tego, że na początku przejawia ogromną niechęć do chłopców. Stryj postanawia w końcu przyjąć ją na rok pod swój dach, na próbę; po roku Rose może podjąć decyzję, u kogo pozostanie na dobre. Jak więc łatwo wysnuć z powyższego opisu jest to typowa powieść dziecięca, w której obserwowana przez nas bohaterka przechodzi metamorfozę z zaniedbanego, zahukanego dziecka w zdrową i ciekawą świata dziewczynę. Co ciekawe jednak, to właśnie chłopcy – jej kuzyni stają się często głównymi bohaterami przygód i Rose otrzyma swoją rolę w ich męskich przygodach; raz będzie działac niczym katalizator ich ich złej energii, innym razem zmiękczać ich zatwardziałe charaktery, jeszcze kiedy indziej – godzić zwaśnionych przyjaciół. Jak się nietrudno domyślić, w przyszłości rozkocha w sobie przynajmniej kilku ze swoich licznych adoratorów i sama zakocha się w tym jednym jedynym – o którego jednak chodzi pozostaje zagadką w zasadzie do ostatnich stronic książki. Te wydarzenia składają się jednak na kontynuację powieści, czyli Rose in Bloom (w dosłownym przekładzie „Rozkwitająca róża”).

Trudno dostępne wydanie Różyczki z 1932 roku - zdjęcia pochodzą z serwisu Allegro


Pierwsza powieść została wydana w języku polskim jako Pięć ciotek i siedmiu kuzynów Elżuni jeszcze w okresie rozbiorowym, w roku 1897 we Lwowie w wydawnictwie Mały Światek (w Bibliografii Polskiej Estreicherów [UJ] jako tłumaczka figuruje W. Nitmanowa, zaś jako autorka – Ludwika[!] May Alcott); w tej wersji imię bohaterki zostało zmienione na Elżunię. W okresie międzywojennym, w roku 1932, kontynuacja wyszła w tłumaczeniu Janiny Buchholtzowej (tej samej, która spolszczyła The Lamplighter w 1933, przetłumaczyła zresztą wydaną również w 1932 inną powieść Louisy May Alcott, Janka i Janek [Jack and Jill: A Village Story, 1880]) pod tytułem Różyczka. Pojawiająca się w internecie informacja, jakoby pozycja ta pod tytułem Rozkwitła róża ukazała się kiedyś w języku polskim, jest zmyśleniem i jakimś ciągłe powielanym dawno wygenerowanym błędem.

Rosalynn jest kontaminacją obu powieści, (Eight Cousins) i jej kontynuacji (Rose in Bloom). Nie jest jednak kompilacją całości. Polska Rosalynn składa się w sumie z 28 rozdziałów. Oryginał pierwszej części – z 24, kontynuacja – z 22; w sumie dałoby nam to liczbę 46. Z 24 rozdziałów oryginalnej wersji pierwszej części pozostawiono w wersji polskiej 19, tekst jednak nie został skrócony, a inkorporowany do pozostałych rozdziałów. Kontynuacja została jednak mocno okrojona, gdyż z pierwotnych 22 rozdziałów pozostało faktycznie jedynie 8.

Nie mając na razie dostępu do pierwszego i drugiego polskiego wydania powieści nie jestem w stanie stwierdzić na pewno, w jaki sposób posłużyły one za podstawę Rosalynn. Interesujące są spolszczenia imion bohaterów, które zaskakują oryginalnością; postacie dwóch najważniejszych ciotek bohaterki noszą w wersji polskiej imiona Abundancji i Pacyfiki, w oryginale zaś nazywają się odpowiednio Aunt Plenty oraz Sister Peace. Z postaci o niezmienionych imionach pozostała jedynie Phebe, niepiśmienna służąca, która w kontynuacji powieści otrzymuje wykształcenie i zostaje uznaną śpiewaczką, w której zakochuje się jeden z siedmiu kuzynów (z początku potencjalny ten związek postrzegany będzie za mezalians, później jednak para otrzyma błogosławieństwo rodziny po tym, jak Phebe opiekuje się śmiertelnie chorym stryjem i ratuje go od śmierci).

Wspomniałem na początku o tym, że samo wydanie woła o pomstę do nieba i jest to prawda; tragiczna interpunkcja (brak przecinków, kropek na końcu zdania), brakujące słowa, literówki jak również brak całych fraz zdecydowanie utrudniają lekturę tej bądź co bądź wdzięcznej powieści. Gołym okiem widać, że tekst przed oddaniem do druku nie był poddany żadnej korekcie, zabrakło również jakiejkolwiek redakcji. Ten stan rzeczy utrzymuje się do momentu, kiedy kończy się fabuła pierwszej części; w drugiej (która zaczyna się od rozdziału 20) widać zdecydowaną poprawę, zupełnie tak, jakby ktoś wreszcie porządnie przygotował tekst do publikacji. Co mogło się do tego przyczynić? Wydaje mi się, że zawiniła tutaj technika – już we wczesnych latach 90-tych nawet początkujące wydawnictwa używały profesjonalnych skanerów, które zczytując stare książki generowały z nich materiał gotowy do obróbki w edytorze tekstu. Wyobrażam sobie, że zdygitalizowanie wydania z końca XIX wieku bez korekty czy redakcji mogło dać właśnie taki efekt (być może było ono wybrakowane lub brudne). Z kolei ostatnie, wybrane rozdziały kontynuacji zostały pochodzą (zapewne, niestety nie mam dostępu do tego wydania, aby to sprawdzić) z tłumaczenia Buchholtzowej, które dla ówczesnego skanera wydawniczego było zdecydowanie czytelniejsze; zaznajomiony z tłumaczeniem The Lamplighter autorstwa Buchholtzowej jestem w stanie stwierdzić, że ten przekład z lat 30-tych czyta się dziś bez większych problemów, nie wspominając już o lepszej jakości papieru i druku w tamtych czasach w porównaniu z wydaniami książek dla młodzieży jeszcze pod koniec XIX stulecia.




Okładki i ilustracje z wydań amerykańskich przedstawiające klan Campbellów - siedmiu kuzynów i Rose, częstokroć w kiltach

Do samej Rosalynn mam uczucia co najmniej mieszane. Poznawszy jej burzliwe i poniekąd fascynujące dzieje wydawnicze zacząłem jej na swój sposób współczuć.  Dzięki temu ta początkowa niechęć wkrótce znikła, szczególnie że lektura ostatnich rozdziałów sprawiła mi zdecydowanie większą przyjemność niż żmudne mierzenie się z treścią pierwotnej części tego dwuczęściowego cyklu (może to wynikać z faktu, że zdecydowanie wolę dzieje bohaterów będących już młodymi ludźmi aniżeli małymi dziećmi). Oczywiście pozostaje żal, że powieści te nie doczekały się w powojennej Polsce wydań na odpowiednim poziomie – z przyjemnością poznałbym pełne dzieje rodziny Campbellów opisanych w kontynuacji Rose in Bloom, tym bardziej iż wiele wątków (wykorzystanych przez Alcott w latach 70-tych XIX wieku) zostało przetrawestowanych przez późniejsze pisarki i pisarzy, m.in. Frances Hodgson-Burnett czy L.M. Montgomery. Bardzo podobały mi się wszelkie szkockie wtręty – rodzina Campbellów, mimo że osiadła od pokoleń w Bostonie, z dumą akcentuje swoje korzenie, śpiewając czy cytując ludowe ballady szkockie czy też prezentując się w szkockich strojach narodowych – kiltach; w wydaniach z ilustracjami, których to polskie niestety nie posiada, epizod opisujący pierwsze spotkanie Rose z jej siedmiona kuzynami, kiedy to bohaterka zaskoczona była ich odświętnym odzieniem, wybierany był często na okładki książek, stając się swoistym emblematem tego tytułu.

2 komentarze:

  1. Co za niesamowita historia wydawnicza! I podziwiam ogrom poszukiwań, które musiałeś przeprowadzić. Takie śledztwa są niezwykle ciekawe. I, poza odkryciem prawdy o książce, pozwalają przywrócić, niejako, godność jej samej.

    Takie składanie dwóch tytułów w jedno - to prawdziwie "rzeźnicki" proceder... I raczej niezasadny marketingowo - przynajmniej z dzisiejszego punktu widzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, Agnieszko, że tak uważasz. Również miałem takie poczucie, kiedy zagłębiłem się w dzieje wydawnicze tego dziełka - to polskie wydanie samo w sobie jest co najmniej kuriozalne, dopiero kiedy zdemaskuje się te wszystkie procesy wydawnicze można nabrać do niego odpowiedniego dystansu i przywrócić mu pierwotne lśnienie... Jeśli zaś chodzi o działania marketingowe wokół tej książki, pozostanie to dla mnie na zawsze zagadką... Podejrzewam, że jeszcze w tamtych czasach wydawca mógł przypuszczać, że wypuści tę książkę w takiej formie i "nikt się nigdy i tak nie połapie"...

      Usuń