wtorek, 27 września 2016

The Lamplighter / Maria Susanna Cummins

Kiedy myślę o losach powieści The Lamplighter autorstwa Marii Susanny Cummins, łacińskie powiedzenie habent sua fata libelli wydaje mi się wyjątkowo prawdziwe.  W tym konkretnym przypadku te książkowe losy są zapewne ciekawsze niż sama powieść.

W czasach, gdy literatura amerykańska była nie tyle w powijakach co w okresie wczesnego dzieciństwa, w roku 1854 Maria Susanna Cummins, dwudziestosiedmioletnia pisarka urodzona w Salem w stanie Massachusetts, stała się sławna dosłownie z dnia na dzień. Po wielkich sukcesach westernów autorstwa Jamesa Fennimora Coopera, którymi zaczytywało się pokolenie wielkich romantyków, w tym również Adam Mickiewicz, żadne inne dzieła z etykietką „made in New England” tudzież „made in USA” nie uzyskały takiego rozgłosu. A kto dziś czyta Marię Susannę Cummins? Nikt. Nawet studenci literatury amerykańskiej są skutecznie zniechęcani do sięgania po jej twórczość.


O czym więc jest The Lamplighter? I dlaczego, mimo całej swej staroświeckiej kuriozalności, jest dla mnie ważny?

Opisana w powieści historia Gertrudy (zwanej Gerty), rozgrywająca się na przestrzeni kilku lat, mogłaby być postrzegana jako pierwsza tego typu opowieść skierowana dla młodzieży. W momencie publikacji jednak tym sentymentalnym wyciskaczem łez zaczytywali się przede wszystkim dorośli. Gertruda jest sierotą, która nie wie nic o swoim pochodzeniu, wykorzystywana jest jako pomoc domowa przez swą straszną Nan (czy przychodzi wam na myśl Kozeta z Nędzników Wiktora Hugo? The Lamplighter ukazał się 12 lat przed monumentalnym dziełem Francuza). A więc mamy do czynienia z jedną z wielu wersji baśni o Kopciuszku, dla którego wszystko  zmienia się w momencie, kiedy w wyniku nieszczęśliwych wypadków Gerty ucieka od strasznej opiekunki i zostaje przygarnięta przez starego Truemana Flinta, miejscowego latarnika (w pewnym miejscu książki dowiadujemy się, że akcja powieści osadzona jest w Stanach, w Bostonie). W jego skromnym mieszkaniu zaczyna się dla Gerty nowe życie – poznaje ona życzliwych sąsiadów, a podczas ciężkiej choroby roztacza nad nią swą opiekę lokalny anioł - niewidoma dziedziczka fortuny, Emilia. Dojrzewając, Gerta rozpozna w synu sąsiadów miłość swego życia, a w tajemniczym jegomościu podróżującym na statku w górę rzeki do Saratogi – własnego ojca. Dowie się o swoim dziedzictwie i pozna niezwykłe okoliczności, które doprowadziły do jej późniejszego położenia. Więcej szczegółów zdradzić już nie mogę; jeśli macie ochotę, sięgnijcie po powieść.



Nathaniel Hawthorne, autor m. in. Szkarłatnej litery (The Scarlet Letter, 1850), rówieśnik Cummins, wyrzekał publicznie na głupie, łzawe powieścidła, które podbijały serca ówczesnej amerykańskiej publiczności, w wyniku czego wydawane były w ogromnych nakładach. Miał na myśli przede wszystkim powieść The Lamplighter oraz Chatę Wuja Toma (Uncle Tom’s Cabin, 1851) innej wielkiej pisarki pochodzącej z Salem, Harriet Beecher Stowe. Sukcesy wydawnicze obu pozycji były w sentymentalnych latach 50-tych XIX wieku ewenementem również na skalę światową, zawitały także do Europy (w Anglii powieść Cummins cieszyła się ogromną popularnością). Tłumaczenia nie kazały długo na siebie czekać, polski przekład, zatytułowany Latarnik z Bostonu (autorstwa Seweryny Duchińskiej) wyszedł w roku 1860, sześć lat po premierze książki w Stanach.



Polskie dzieje tej pozycji są również fascynujące. Jeszcze w latach międzywojennych ukazało się wznowienie tytułu w nowym tłumaczeniu Janiny Buchholtzowej jako Latarnik. W okresie komunizmu powieść nie została wznowiona – mogły na to wpłynąć liczne inklinacje religijne, obecne praktycznie na każdej stronie (Emilia chce wychować Gertrudę przede wszystkim na dobrą chrześcijankę, naucza ją, że za wszystko winna dziękować Bogu itd.) Symbolika światła – jako boskiej opatrzności – zawarta jest już w samym tytule; to Trueman Flint zapala dla Gerty światło nadziei w postaci ulicznych latarni, a kiedy dziewczynka musi zasypiać samotna w ciemnym pokoju, pociesza ją widok gwiazd – latarenek Boga. Dopiero więc w roku 1993 powieść doczekała się kolejnego wznowienia przez gdańskie wydawnictwo Novus Orbis – w tłumaczeniu Buchholtzowej z lat 30-tych, jednak pod nowym tytułem, Tajemnica Gerty. Tytuł Latarnik zarezerwowany już został dla noweli Henryka Sienkiewicza (1881) i wśród młodych czytelników popadł w wieczną niełaskę jako obowiązkowa lektura szkolna…



Gertruda jako dorosła panna reprezentuje wszystko to, co przedwcześnie zmarła autorka-moralizatorka, Maria Susanna Cummins. Z zachowanego portretu autorki cały czas bije jej (nie tylko moralne) piękno. Droga Mario Susanno Cummins! Miałaś tylko 39 lat, kiedy odeszłaś z tego świata. Dałaś mu jednak bardzo dużo, i mam nadzieję, że nie przejmowałaś się zbytnio zjadliwą krytyką swych kolegów literatów. Bowiem przed Louisą May Alcott, przed Susan Coolidge, przed Kate Douglas Wiggin, przed Frances Hodgson Burnett i w końcu przed samą Lucy Maud Montgomery byłaś ty, przepiękna Mario Susanno, która wierzyłaś nieugięcie w zwyciężające na tym świecie dobro i niosłaś tę mądrość w swoich powieściach. 

10 komentarzy:

  1. Ja znam książkę "Tajemnica Gerty". Nawet stoi w mojej biblioteczce ;) Niestety treści dokładnie nie pamiętam (bardzo dawno ją czytałam). Może powinnam ją sobie przypomnieć. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetna lektura na jesienny wieczór. Z tego co zauważyłem, wiele osób, które czytały tę książkę nie były świadome, z jak wielkim niegdyś dziełem miały do czynienia. To bardzo ciekawe doświadczenie, obcować z takimi "upadłymi imperiami".

      Usuń
    2. Dzięki Twojej notce przeczytam książkę "świadomie". Właśnie dopatrzyłam się, że książka wydana jest w serii "Powieści dla dziewcząt" i że jeszcze trzy różne powieści z tej serii stoją na półce i że... nie pamiętam o czym były. Czyli cztery jesienne wieczory już mam zajęte ;)

      Usuń
    3. Tym bardziej się cieszę! Właśnie dlatego chciałem się dzielić moimi przemyśleniami :-)

      Usuń
    4. A ja się cieszę, że trafiłam na Twojego bloga. A trafiłam "efektem domina" ;) Twojego bloga poleca Agnieszka z Pokrewne dusze a z kolei do niej trafiłam dzięki Bernadce z Kierunek Avonlea, a na jej bloga z kolei zawiódł mnie przypadek :)
      I oczywiście będę zaglądać.

      Usuń
  2. Bardzo mi miło i cieszę się. Sam też przeglądałem Twoje wpisy i są bardzo ciekawe. Pojawiają się wątki L.M. Montgomery :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję bardzo za odwiedziny :) i miłe słowo. Jak już wspomniałam tutaj będę zaglądać bo ciekawe rzeczy się u Ciebie dzieją :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej się cieszę, zaglądaj jak najczęściej i komentuj! :)

      Usuń
  4. Korciło mnie, żeby sprawdzić co pisano w prasie o książce. I jest coś w Polonie:
    https://polona.pl/item/19171660/1/

    Postać polskiej tłumaczki jest też niezwykle barwna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo, bardzo dziękuję! To prawda, o tłumaczce również dużo można ciekawego powiedzieć. W tej recenzji zaciekawił mnie fragment o wiernym odwzorowaniu obyczajów amerykańskich - z dzisiejszej perspektywy jest to raczej baśń niż powieść obyczajowa...

      Usuń