poniedziałek, 9 października 2017

Słowik irlandzki / Edna Lyall

Powieść irlandzkiej pisarki Edny Lyall (1857–1903) zatytułowana Słowik irlandzki należy do tych książek, które wydawnictwo Michała Arcta z lubością reklamowało jako wartościowe dla swoich starszych czytelników. Przekład Zofii Hartinghowej, który ukazał się po raz pierwszy jeszcze w 1915 roku, został przez nie dwukrotnie wznowiony: w 1922 i 1928 roku. Tytuł polski, jak zakładam, przy pierwszy wydaniu w roku 1915 został zmieniony w ostatniej chwili - przy numeracji bloków wewnątrz książki możemy natrafić bowiem na tytuł inny, zbliżony bardziej do oryginału: Dora śpiewaczka.

Edna Lyall

Autorka Słowika irlandzkiego przyszła na świat jako Ada Ellen Bayly (jej preudonim powstał z transpozycji liter w jej prawdziwym nazwisku) w angielskim Brighton i we wczesnym wieku straciła oboje rodziców; większość dzieciństwa spędziła u wuja w Surrey. Sama nigdy nie wyszła za mąż; spędziła życie u boku zamężnych sióstr i brata na wsi Bosbury. Poświęciła się pracy pisarskiej, zostając ostatecznie autorką 18 powieści; charakterystyczny dla jej twórczości jest fakt, iż wykorzystywała bohaterów swoich wcześniejszych dzieł i ukazywała ich dalsze losy (często jako postaci drugoplanowych) w kolejnych powieściach – zabieg znany nam chociażby z prozy Stefana Żeromskiego.

Pierwsze angielskie wydanie Doreen (1894)

Omawiana powieść nosi w oryginale tytuł Doreen: The Story of a Singer i została wydana w 1894 roku. Treść tej powiastki – obszernej i napisanej, mimo wszelkich innych jej zalet, dość niezgrabnie – skupia się wokół kariery muzycznej utalentowanej bohaterki tytułowej (w wersji polskiej Dory), która – występując w charakterystycznej dla niej czerwonej pelerynie – rozsławia we świecie tzw. sprawę irlandzką (dążenie do niepodległości i zrównania praw Irlandczyków i Brytyjczyków), angażując się – nieco przez przypadek, później już bardziej świadomie – w politykę. Ukrywa również smutną tajemnicę – jako dziecko była ona, wraz ze swoim angielskim przyjacielem (później zaś ukochanym) Maksem, świadkiem zabójstwa dokonanego przez irlandzkiego korepetytora. Sekret, który z początku dzieli zakochanych, wkrótce – z powodu wypłynięcia na światło dziennych nowych faktów i chęci zemsty starego kamerdynera, ukrywającego przez lata obciążające dowody – na zawsze już ich złączy, w obliczu sądowego skandalu. Skomplikowaną, naszpikowaną licznymi postaciami powieść czyta się dzisiaj dość ciężko, momentami bywa ona wręcz nużąca, co jednak nie przeszkadzało jej w latach 20-tych XX wieku być pomniejszym bestsellerem wydawnictwa Arcta.

Lyall, Angielka, w swej twórczości dotykała niejednokrotnie kwestii irlandzkiej (Irish Home Rule). Poznała tę tematykę bardzo dobrze, gdyż jeszcze na początku lat 80-tych XIX wieku (1882, 1884) poświęciła jej dylogię zatytułowaną odpowiednio Donovan oraz We Two (Nas dwoje); fabuła tego drugiego dzieła oparte było na biografi Charlesa Bradlaugha, angielskiego polityka wspierającego w swej działalności dążenia Irlandczyków. W Polsce wydano w sumie sześć jej powieści: najstarsza z nich to wydane jeszcze w 1892 przez „Biesiadę Literacką” dwutomowe Czasy Stuartów; pozostałe cztery wyszły w latach 30-tych w tłumaczeniach Janiny Zawiszy-Krasuckiej: Prawda zwycięża, Droga do raju, Błędny rycerz (wszystkie w 1933) oraz Zdobyte szczęście (1934).

Ilustracja z pierwszego angielskiego wydania Doreen

Słowik irlandzki w prasie reklamowany był jako „powieść patriotyczna z walk o wolność”; wydawnictwo Arcta zawzięcie lobbowało ten tytuł, widząc w nim dobry przykład dla młodzieży polskiej, a więc żyjącej w kraju, który właśnie przywrócony został na mapę Europy (podobnie jak po licznych powstaniach, w tym również tzw. powstaniu wielkanocnym [1916] Irlandia; ostatecznie w 1921 podpisany został Traktat angielsko-irlandzki, powołujący państwo do życia; mimo to Republika Irlandii oficjalnie powstała dopiero w 1937).

Okładka trzeciego polskiego wydania Słowika irlandzkiego (1928): jako autorka podana jest R.(!) Lyall

Powieść została odkurzona z zapomnienia – zaskakująco nie przez gdański Graf czy warszawskie Studio Publishing – dopiero w 1992 roku przez wrocławskie wydawnictwo Siedmioróg. Słowik irlandzki był pierwszą publikacją z „Serii z różową kamelią”, w której w sumie wyszło 7 powieści w estetycznej szacie graficznej (mimo iż można by dyskutować nad sensem przywracania czytelnikom np. streszczeń wielkich powieści, jak miało to miejsce z Maleńką Dorrit Karola Dickensa). Pierwszy tom wyszedł pod patronatem Małgorzaty Musierowicz, znanej pisarki młodzieżowej; po niej patronat ów przejęła niejako Krystyna Siesicka, twórczyni nie mniej znana. Musierowicz jest także autorką krótkiej notki, która w charakterze reklamy została umieszczona na czwartej stronie okładki:

Znakomita powieść Edny Lyall Słowik irlandzki rozpoczyna tę serię i od razu nadaje jej szlachetny, wysoki ton. Ta książka o miłości nie jest zwykłym romansem, z tych które łatwo się pisze i o których łatwo się zapomina. To powieść, w której losy zakochanych splątane są nierozerwalnie z losami kraju. A ponieważ tym krajem jest Irlandia - uczucia Dory i Maksa nie mogą rozwijać się łatwo i bez komplikacji. Od pierwszych kart książki zostajemy wciągnięci w dramatyczne, zawiłe wydarzenia i już nie potrafimy zdobyć się na obojętność. A wszystko, co dzieje się z Irlandzkim Słowikiem obchodzi nas tym bardziej, im więcej znajdujemy podobieństw w losach Irlandii i Polski, krajów walczących uparcie i z poświęceniem o swą niepodległość. Edna Lyall opisuje historię wielkiej miłości Irlandki i Anglika, którym burzliwe czasy przynoszą próbę za próbą, jeden trudny wybór za drugim. Kto chce się przekonać, jak ludzie szlachetni i dumni stawiają czoła przeciwnościom losu, jak walczą o swoją miłość i godność - powinien koniecznie przeczytać tę książkę.

Tytuł powieści, nawiązujący w sposób oczywisty do talentu muzycznego bohaterki, w ciekawy sposób zostaje wyjaśniony przez autorkę w samym środku powieści w dialogu głównych bohaterów:

– Zachowajmy na ostatek... na deser, moje rodzinne miejsce, ale tobie może się ono nie wyda tak rozkoszne, jak mnie.
– Ależ przeciwnie... To będzie moja Mekka. Miejsce urodzenia mega słowiczka irlandzkiego.
– Śliczny komplement, ale niestety, niezgodny z prawdą. Nie ma słowików w Irlandii, ale za to nie ma też i wężów. Święty Patryk wygnał je.. zdaje się, że do Anglii.
– No... no!... nie ubliżajcie mojej ojczyźnie – zaśmiał się Maks.

Tekst wydania w 1992 jest przeredagowaną wersją tłumaczenia Hartinghowej, które dziś trącić może już myszką – usunięto z niego wszelkie niezrozumiałe archaizmy, dodano za to przypisy, niejednokrotnie objaśniające realia historyczne, geograficzne czy np. zapomniane znaczenie pewnych francuskich terminów. Co ciekawe, powieść ta (jak i żadna inna autorstwa Edny Lyall) nie figurowała na Wykazie książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu z 1951 roku – mimo to nikt w okresie powojennym, aż do 1992 roku, nie próbował jej wznowić.

Pierwsze i jedyne do tej pory powojenne wydanie powieści z 1992 przez wrocławski Siedmioróg

Co się tyczy jeszcze samego tłumaczenia Hartinghowej, chciałbym wspomnieć tu o jeszcze jednym, ciągle powracającym na nowo aspekcie translatologii omawianego tu okresu (jak chociażby w przypadku Ani z Zielonego Wzgórza z 1991 roku w przekładzie Rozalii Bernsteinowej, gdzie tłumaczka nadała bohaterom odmienne imiona, gdyż ich pierwotne w Polsce kojarzyłyby się ewidentnie z osobami pochodzenia żydowskiego): czerwona lampka zapaliła mi się w momencie, kiedy natknąłem się na następujący fragment:

Miriam grała na fortepianie smętną jakąś kołysankę. Spostrzegłszy nauczyciela, podniosła na niego uśmiechnięte oczy. Babka Miriam była wschodniego pochodzenia, a młoda dziewczyna odziedziczyła po niej jej urodę i niezzwykły wdzięk, któremu mało kto mógł się oprzeć.

Hartinghowa posłużyła się tutaj dziś dość mało czytelnym kodem, który jednak na przełomie wieków był dla wszystkich czytelników zrozumiały; zajrzałem więc do oryginału i przekonałem się, że moja intuicja była słuszna. Co więcej, okazało się również, że Hartinghowa skracała też tekst powieści według własnego uznania. Powyższy fragment tak oto prezentuje się w angielskim oryginale:

The tutor wandered away to the other end of the drawing-room, where Miriam was playing a sad little Polish melody of which he was specially fond. She looked up at his approach, with smiling welcome in her brown eyes. Her grandmother had been a Jewess, and Miriam had inherited her beauty: there was something very fascinating about her, and few could resist the spell.

Babka Miriam nazwana zostaje więc dosłownie Żydówką, ponadto “smętna jakaś kołysanka”, którą gra na fortepianie bohaterka, jest w oryginale jej ulubioną polską melodią. Skąd u tłumaczki potrzeba wprowadzenia takich zmian, i skąd to zaskakujące ominięcie wątku polskiego? Nie nieuzasadnionym będzie zdaje się założenie, że tłumaczka przejawiała pewne nastawienie antysemickie, bądź też to ostatecznie wydawca – jak miało to miejsce zapewne w przypadku Ani z Zielonego Wzgórza – naciskał na to, aby książka nie zawierała żadnych odniesień do żydowskości, tym bardziej, gdy w jednym akapicie występowałyby ze sprawami polskimi. Również w innym fragmencie książki przepiękna twarz Miriam z „its Jewish outlines” została w przekładzie Hartinghowej określona jako „piękna twarz o wschodnich rysach”.

Nagrobek tłumaczki Zofii Hartinghowej na warszawskich Starych Powązkach

Sama tłumaczka, Zofia Hartinghowa (1852–1924), jest bardzo ciekawą postacią; dziś zapamiętana jest głównie jako tłumaczka i autorka dzieła zatytułowanego Ku światłu! Pokłosie myśli z niwy życia i ducha (wydawana również przez wydawnictwo Michała Arcta); ten do dziś popularny w kręgach ezoterycznych zbiór cytatów słynnych filozofów i mistyków jest sukcesywnie wznawiany i recypowany. Oprócz przekładu Słowika irlandzkiego dokonała również translacji Gwiazdy przewodniej Joan Gould, o której pisałem przy innej okazji. Wywodząca się ze starej polskiej rodziny arystokratycznej pani Zofia została pochowana na warszawskich Starych Powązkach: nagrobek upamiętnia ją właśnie jako autorkę ważnej, wciąż wznawianej i będącej w ciągłym obiegu książki Ku światłu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz