poniedziałek, 18 grudnia 2017

Klejnoty ciotki Klotyldy / Frances Hodgson Burnett

Przy okazji przyglądania się mniej znanym dziełom Frances Hodgson Burnett postanowiłem przyjąć porządek chronologiczny – nie jednak według kolejności ukazywania się polskich przekładów, ale oryginałów. Według tego porządku Klejnoty ciotki Klotyldy idą zatem na pierwszy ogień.

Okładka pierwszego wydania książkowego z 1890

Należy nadmienić, iż Mały lord (Little Lord Fauntleroy, 1886 w wersji zwartej) był pierwszym dziełem pisarki, jakie poznali polscy czytelnicy – tłumaczenie Marii Julii Zaleskiej ukazało się jedynie trzy lata po amerykańskiej premierze, w 1889 (nakładem wydawnictwo Gebethner i Wolff) – było ono wielokrotnie wznawiane, zarówno na początku XX wieku, w latach międzywojennych jak i w latach 90-tych XX wieku (w 1957 roku wydano nowy przekład Salomei Kowalewskiej). Obecnie tytuł można przeczytać w pięciu różnych tłumaczeniach.

W 1895 warszawska drukarnia Noskowskiego drukuje jako dodatek do 44. numeru „Wieczorów Rodzinnych” Klejnoty ciotki Klotyldy, krótkie opowiadanie, napisane „przez autorkę <<Małego lorda>>”; przekład z angielskiego J. K. To 22-stronnicowe opowiadanie jest zatem drugim utworem Burnett wydanym w języku polskim.

Strona tytułowego polskiego przekładu; 1895 (źrodło: Biblioteka Narodowa)

Oryginalny tytuł tego dziełka brzmi Little Saint Elizabeth; zostało ono opublikowane w 1888 roku w literackim periodyku młodzieżowym „St. Nicholas”, następnie wyszło w formie książkowej w 1890 (wydanie amerykańskie) wraz z trzema innymi opowiadaniami w pozycji Little Saint Elizabeth, and Other Stories w nowojorskim wydawnictwie Charles Scribner’s Sons. Wydanie brytyjskie ujrzało światło dzienne trzy lata później, w 1893 roku (w wydawnictwie Frederick Warne and Co.)

Treść tej na wskroś sentymentalnej opowiastki mówi o osieroconym dziecku – tytułowej Elizabeth (w polskiej wersji Elżuni), która wychowywana była we Francji (jak mówi polski przekład, w normandzkim zamku) przez na wskroś religijną, aby nie rzecz zdewociałą ciotkę Klotyldę, która mimo iż pochodziła z wyjątkowo majętnej rodziny, życie swe spędziła w ubóstwie, poświęcając się pracy na rzecz innych. Będąc świadkiem jej śmierci (której opis przywodzi na myśl prozę gotycką uprawianą namiętnie jeszcze na przełomie XVIII i XIX wieku) dziewczę poprzysięga sobie, iż będzie żyło tak jak podziwiana przez nie krewna. Tymczasem opieka nad dziewczynką przypada panu de Rochemont – staremu kawalerowi z Nowego Jorku, który krytycznie wypowiada się o ciotce Klotyldzie, nie pochwalając jej dotychczasowych metod wychowawczych. Dziewczynka boi się go i unika za wszelką cenę, postanawia również speniężyć przekazany jej przez ciotkę majątek – rodowe klejnoty; żaden amerykański sprzedawca nie godzi się jednak na odkupienie precjozów od niepełnoletniej i cała przygoda z próbą sprzedaży dziedzictwa kończy się tragicznie: naiwną dziewczynkę napastuje nowojorska biedota, kradnąc jej ciepłe ubrania. Zmarzniętą i ledwo żywą siostrzenicę odnajduje w końcu pan de Rochemont, który sprowadza do swego domu przyjaciela, doktora Norrisa; przy jego pomocy udaje się dziewczynkę przywrócić do zdrowia i sprawić, aby by jej dalsze wychowanie przebiegało w równowadze pomiędzy pracą i zabawą. Misja ta kończy się sukcesem, jako że Elżuni „przybyła (...) wesołość, której dawniej nie znała, wesołość niczem niezamącona, bo płynąca z czystego sumienia”.

Okładki wydań z 1893 roku; podobnie jak w przypadku polskiej publikacji utworu, zbiór reklamowany jest jako dzieło autorki Małego lorda (Little Lord Fauntleroy)

Jak udało mi się stwierdzić, zakończenie polskiej wersji opowiastki nie jest zgodne z oryginałem: zostało ono dopisane przez wydawcę, aby spełnić oczekiwania przyzwyczajonej do sentymentalnych opowieści czytelników: osiemnastoletnia Elżunia postanawia w nim zostać pomocnicą doktora Norrisa w praktyce lekarskiej; kilka miesięcy później zostaje jego żoną, po czym młoda para zamieszkuje ze stryjem i prowadzi pożyteczne życie w pełni szczęścia, „bo szczęście swe zakładali na czynieniu dobrze drugim, co przychodziło im teraz łatwiej, że mieli po temu środki nie używając znacznego majątku, jedynie na dogadzanie sobie, i w ogóle na osobiste przyjemności”. Dowiadujemy się również, iż córeczka bohaterki – mała Elżunia – dziedziczy po matce rodowe precjoza, jednak nigdy ich nie używa, bowiem „wstępując w ślady matki nie lubiła życia światowego, a wolne chwile poświęcała zajęciom pożytecznym dla drugich”.

Reklamy wcześniejszych utwór Burnett znajdująca się przed stroną tytułową wydania Little Saint Elizabeth, and Other Stories z 1890 roku: Małego lorda (Little Lord Fauntleroy) i Sary Crewe (która w rozbudowanej wersji ukaże się w 1905 roku jako Mała księżniczka (A Little Princess)

Polski wydawca  nie wiemy jedynie, czy świadomie  zupełnie przeinaczył naukę płynącą z tej sentymentalnej i dydaktycznej powiastki. Celem Burnett było ukazanie niebezpieczeństw, jakie sprowadzić może na dziecko wychowanie w zbyt spolaryzowanym środowisku; według zasad rozwijającej się – szczególnie prężnie w Ameryce – młodej pedagogiki, dzieciom należało przede wszystkim pozwolić być dziećmi, cieszyć się życiem, bawić się, nie zaś jedynie nauczać ich poświęcenia i uświadamiać trud ciężkiej pracy, niezależnie od tego, z jakże słusznej chrześcijańskiej nauki by te przesłanki wynikały. To w wyniku niefortunnego wypadku Elizabeth oraz interwencji stryja i doktora Norrisa bohaterka poznała, czym jest wesołość przynależna wiekowi dziecięcemu. Polski dodatek, w myśl ciągle żywych pozytywistycznych nauk moralizatorskich, przywraca pod sam koniec powiastki kult pracy i poświęcenia, napiętnując z drugiej strony kultywowanie własnych potrzeb.

Moją uwagę zwrócił również błąd w paginacji – po stronie 23. następuje od razu 26.; tego typu niedociągnięcia występowały często w tamtych czasach, szczególnie zaś w przygotowywanych naprędce publikacjach prasowych.


Ilustracje autorstwa Reginalda B. Bircha z wydania amerykańskiego z 1890 roku

Warto dodać, iż Little Saint Elizabeth – mimo swojej krótkości – cieszyła się w krajach angielskojęzycznych ogromnym powodzeniem; powstały do niej dwa komplety ilustracji, jedne – do amerykańskiego wydania książkowego z 1890 roku – autorstwa znakomitego rysownika Reginalda B. Bircha; w wydaniu z 1983 uzupełniono je dodatkowymi rycinami Alfreda Brennana. Polskie wydanie, jako dodatek do gazety, zostało całkowicie pozbawione ilustracji. Klejnoty ciotki Klotyldy nie zostały nigdy wznowione.



Ilustracje z wydania brytyjskiego z 1893 autorstwa Alfreda Brennana

czwartek, 14 grudnia 2017

Frances Hodgson Burnett

Jako że w zestawieniu najpopularniejszych powieści dla dzieci i młodzieży nie może zabraknąć autorki takich klasyków jak Mały lord, Mała księżniczka czy Tajemniczy ogród, kolejny wpis poświęcam Frances Hodgson Burnett (1849–1924), o której mniej znanych dziełach postaram się sukcesywnie pisać w najbliższym czasie. Poniższy szkic biograficzny zawiera zresztą te tytuły, które w Polsce ukazały się dopiero w latach 90-tych XX wieku.

Frances Hodgson Burnett w wieku dojrzałym

Frances Eliza Hodgson przyszła na świat w roku 1849 w Cheetham koło Manchesteru; jej ojciec prowadził w Deansgate firmę sprzedającą wyroby z żelaza i mosiądzu. Miała dwóch starszych braci i dwie młodsze siostry. Po śmierci ojca w 1852 roku rodzina popadła w biedę; tekstylny przemysł Manchesteru opierał się prawie całkowicie na imporcie bawełny, który zastopowany został przez amerykańską wojnę secesyjną W 1863 roku matka pisarki, Eliza Hodgson, została zmuszona do sprzedania rodzinnej firmy; w tym czasie zakończyła się również szkolna edukacja Frances. Po wojnie secesyjnej brat Elizy, William Boond, zaprosił rodzinę, aby przybyła do Knoxville w stanie Tennessee, gdzie z sukcesem prowadził sklep z artykułami chemicznymi. W ciągu roku Eliza zdecydowała się przyjąć tę propozycję.

Widok industrialnego Manchesteru w połowie XIX wieku

Tam właśnie Frances zaczęła pisać, aby wspomóc rodzinę finansowo, publikując opowiadania w czasopismach (pierwsze wyszło jeszcze zanim ukończyła 18 rok życia); jej prace ukazywały się w takich periodykach jak „Godey's Lady's Book”, „Scribner's Monthly”, „Peterson's Magazine” i „Harper's Bazaar”.  Do 1869 roku zarobiła wystarczająco dużo, by przenieść rodzinę do lepszego domu w Knoxville. Matka pisarki zmarła w 1870 roku, a w ciągu dwóch lat większość jej rodzeństwa zawarła małżeństwa, zwalniając przyszłą pisarkę z obowiązku ich utrzymywania.

Pamiątkowa tablica w miejscu, w którym stał rodzinny dom Frances po tym, kiedy jej rodzina przeprowadziła się do Tennessee

Dzięki dochodom z pisania udała się do Anglii z dłuższą wizytą w roku 1872 roku, a następnie do Paryża, gdzie przystała na propozycję zawarcia małżeństwa ze Swanem Burnettem, sąsiadem z Tennessee. Tam również zamówiła suknię ślubną haute couture, którą miano wysłać do jej domu w Ameryce; z tymże zamówieniem wiąże się ciekawa anegdota. Po powrocie do  domu Frances próbowała odłożyć wesele do czasu przybycia sukni, jednak Swan nalegał, by jak najszybciej zawrzeć związek małżeński. Para pobrała się we wrześniu 1873 roku. Wyrażając rozczarowanie dotyczące tego zamążpójścia Frances napisała do przyjaciela z Manchesteru: "Mężczyźni są tacy płytcy... Nie zna on istotnej różnicy między białą satyną a tiulem i kremowym brokatem".

Swego pierwszego syna, Lionela, pisarka urodziła we wrześniu 1874 roku. W tym samym roku rozpoczęła pracę nad swą pierwszą powieścią, That Lass o 'Lowrie's, której akcja osadzona została w rodzinnym Lancashire. Dochody z pisania wystarczyły, aby wyruszyć do Paryża, gdzie Swan kontynuował szkolenie medyczne jako specjalista od oczu i uszu. Narodziny drugiego syna, Viviana, zmusiły małżeństwo do powrotu do Stanów Zjednoczonych; Frances pragnęła, by jej drugie dziecko było dziewczynką, przez co wybrała dla niego imię Vivien; kiedy okazało się, że dziecko jest jednak chłopcem, zmieniła jego pisownię na męską.

Frances słynęła z miłości do ekstawaganckich strojów, na które wydawała lwią część swych dochodów

Pisarka wciąż była główną chlebodawczynią rodziny, przez co oszczędzała jak tylko mogła. Sama szyła ubrania dla swoich chłopców; w późniejszym okresie prosperity nie zaniechała jednak tej czynności, projektując np. aksamitne garnitury z koronkowymi kołnierzykami dla chłopców, na które modę wylansowała powołana przez nią do życia postać Cedryka Errola z Małego lorda.

Po dwóch latach spędzonych w Paryżu rodzina zamierzała przenieść się do Waszyngtonu, gdzie Swan, teraz już wykwalifikowany lekarz, chciał otworzyć praktykę lekarską. Jako że That Lass o 'Lowrie's otrzymała pozytywne recenzje, powieścią zainteresowali się również brytyjscy wydawcy. Burnett rozpoczęła pracę nad kolejną powieścią, Haworth's, która wyszła w 1879 roku, a także opracowała dla sceny swą debiutancką powieść, w odpowiedzi na piracką wersję sceniczną wystawioną w Londynie.

Ten rok wydaje się być najistotniejszy dla późniejszej twórczości Burnett: po wizycie w Bostonie, gdzie poznała Louisę May Alcott i Mary Mapes Dodge, redaktorkę czasopisma dla dzieci „St. Nicholas”, Burnett zacząła pisać dla młodzieży, kontynuując jednak swą twórczość dla dorosłych (Louisiana została wydana w 1880 roku, A Fair Barbarian w 1881, a Through One Administration w 1883). Napisała również sztukę Esmerelda (1881), która była najdłużej wystawianym tytułem na deskach Broadwayu w XIX wieku.

W ciągu kilku lat Burnett zyskała w Waszyngtonie sporą popularność; była również gospodynią wtorkowego salonu literackiego, w którym często uczestniczyli politycy oraz miejscowi literaci. Niestety często chorowała i cierpiała z powodu waszyngtońskich letnich upałów, przed którymi uciekała gdy było to tylko możliwe. Na początku lat 80-tych zainteresowała się nauką chrześcijańską oraz spirytyzmem i teozofią. Te wierzenia miały wpływ nie tylko na jej późniejsze życie, ale również na dojrzałą twórczość.

Frances Hodgson Burnett (pierwsza z lewej) podczas towarzyskiego zebrania literackiego zorganizowanego ku czci Marka Twaina

W 1884 roku zaczęła pracę nad Małym lordem (Little Lord Fauntleroy), którego publikowała w odcinkach od 1885 roku w „St. Nicholas”; w formie książkowej tytuł ukazał się rok później. Mały lord otrzymał dobre recenzje, stał się bestsellerem w Stanach Zjednoczonych i Anglii, został przetłumaczony na 12 języków i ugruntował pozycję popularnej powieściopisarki. Frances odnosiła również sukcesy na polu teatralnym: opracowywała dla sceny swe powieści, w tym m.in. Małego lorda (znów aby zapobiec powstawaniu pirackich wersji dramatycznych). Zyski z wystawień teatralnych były porównywalne do tych, które czerpała z publikacji swych książek; pozwoliły jej nie tylko na coroczne wyprawy do Anglii, ale i podróże po całym kontynencie europejskim.

W roku 1887 wraz z synami przeniosła się na zimę do Florencji, gdzie napisała The Fortunes of Philippa Fairfax, jedyną książkę wydaną w Anglii, a nie w Stanach Zjednoczonych. Tej samej zimy wyszła również w Stanach Zjednoczonych Sara Crewe lub What Happened at Miss Minchin's, pierwotna i krótsza wersja wydanej później jako Mała księżniczka (A Little Princess) powieści (dopiero w 1905 roku). Do opracowania tytułu przyczynił się przede wszystkim sukces scenicznej wersji dzieła.

W tym też okresie zaczęła się spotykać ze Stephenem Townsendem, członkiem jej literackiego salonu, którego poznała podczas roku jubileuszowego królowej Wiktorii (1887) podczas pobytu w Anglii. W grudniu 1890 roku najstarszy syn Frances, Lionel, zmarł w Paryżu, co negatywnie wpłynęło na jej życie i twórczość (przed śmiercią podróżowała z nim jeszcze po niemieckich uzdrowiskach). W tym czasie odwróciła się od Kościóła anglikańskiego i zaczęła zagłębiać się w spirytualizm i doktryny chrześcijaństwa. Wróciła również do Londynu, gdzie starała się spełnić w działaniach charytatywnych; założyła Klub Chłopców Drury Lane, który otworzyła w lutym 1892 roku. Również w tym okresie napisała sztukę z główną rolą dla Stephena Townsenda, próbując w ten sposób lobbować jego karierę aktorską. Po dwuletniej nieobecności w domu w Waszyngtonie Burnett powróciła do Stanów w marcu 1892 roku, gdzie kontynuowała działalność charytatywną i zaczęła ponownie pisać. W 1893 roku opublikowała autobiografię zadedykowaną najstarszemu synowi pod tytułem The One I Knew Best of All (w wersji polskiej: Leśna boginka). W tym samym roku jej książki wystawiono na  na Światowej Wystawie w Chicago.

Burnett powróciła do Londynu w 1894; dowiedziała się tam, iż jej młodszy syn, Vivian, zachorował, przez co szybko powróciła do Stanów Zjednoczonych. W tym czasie zaczęła martwić się o swoje finanse: płaciła za edukację Viviana, prowadziła dwa domy (w Waszyngtonie i w Londynie). Podobnie jak wcześniej powróciła do pisania jako źródła zarobku: Panna szlachetnego rodu (Lady of Quality, 1896) miała być pierwszą z serii powieści historycznych dla dorosłych, po której nastąpiły w 1899: In Connection with the De Willoughby Claim, w 1901 zaś Sekret markizy (The Making of a Marchioness i jej sequel, The Methods of Lady Walderhurst, wydane jednak w jednym tomie).

W 1898 roku, gdy Vivian ukończył Harvard, Frances rozwiodła się ze Swanem Burnettem; opinia publiczna była wobec tego kroku krytyczna, nazywając Frances nowym typem kobiety (New Woman).

W połowie lat 90-tych zamieszkała w Wielkiej Brytanii w Great Maytham Hall - z wielkim ogrodem, którym sama się opiekowała; jednocześnie kontynuowała coroczne transatlantyckie podróże do Stanów Zjednoczonych. Dom wypełniała gośćmi, a jej obecny kochanek, Stephen Townsend, zamieszkał w nim wraz z nią, co miejscowy wikary uznał za skandaliczne. Nowe stulecie para rozpoczęła dość hucznie: w lutym 1900 roku w końcu doszło do jej zaślubin.

Great Maytham Hall - widok współczesny; to tutaj pisarka znalazła inspirację do napisania Tajemniczego ogrodu

Małżeństwo to, jak uznają biografowie Burnett, było największym błędem w życiu pisarki. Prasa podkreślała różnicę wieku – Townsend był dziesięć lat młodszy od niej, a od pięćdziesięcioletniej i pulchnej Frances miał oczekiwać jedynie wsparcia finansowego i lobbowania swej kariery aktorskiej. Kilka miesięcy później, w liście do siostry, Burnett sama przyznała, że ​​jej małżeństwo przechodzi kryzys.

Jako dojrzała pisarka u szczytu sławy na przełomie XIX i XX wieku

Nie mogąc znieść myśli o dalszym wspólnym życiu w Maytham, Burnett wynajęła na zimę 1900/1901 dom w Londynie; tam skupiła się na pisaniu, pracując jednocześnie nad dwiema powieściami: Tajemnicą dworu w Stornham (The Shuttle) oraz Sekretem markizy (The Making of a Marchioness). Jesienią 1902 roku, fizycznie osłabiona, wróciła do Ameryki, a zimą udała się do sanatorium. Stamtąd zawiadomiła Townsenda o tym, że nie będzie już z nim mieszkać, a ich małżeństwo się skończyło.

Wróciła do Maytham dwa lata później, w czerwcu 1904 roku. Dwór miał szereg ogrodzonych murem ogrodów, a w ogrodzie różanym napisała kilka książek; to właśnie tu wpadła na pomysł Tajemniczego ogrodu (The Secret Garden).

W 1907 roku wróciła na stałe do Stanów Zjednoczonych, po tym, jak w 1905 roku otrzymała amerykańskie obywatelstwo. Zbudowała dom, ukończony w 1908 roku, na Long Island koło Nowego Jorku. Syn, Vivian, pracował w branży wydawniczej i to na jego prośbę zgodziła się zostać redaktorką czasopisma „Children's Magazine”, w którym w ciągu kolejnych lat opublikowała kilka krótszych prac; w 1911 wyszedł wreszcie Tajemniczy ogród. W późniejszych latach utrzymywała nie tylko letni dom na Long Island, ale także zimowy –  na Bermudach. Jej ostatnie powieści, Zaginiony książę (The Lost Prince) oraz The Head of the House of Coombe (i jej kontynuacja, Robin) zostały opublikowane odpowiednio w 1915 i w 1922 roku.

Płyta nagrobna Frances Hodgson Burnett na cmentarzu Roslyn w stanie Nowy Jork

Burnett żyła przez ostatnie 17 lat swojego życia na Long Island, gdzie zmarła 29 października 1924 roku, w wieku 74 lat. Została pochowana na cmentarzu Roslyn. Jej syn Vivian został pochowany w pobliżu, gdy zmarł w 1937 roku.

Burnett Memorial Fountain w nowojorskim Central Parku

W 1937 roku na jej cześć w Conservatory Garden w Central Parku wzniesiono nad ogrodową sadzawką pamiątkową rzeźbę autorstwa Bessie Potter Vonnoh; statua przedstawia dwie postaci z Tajemniczego ogrodu, Mary i Dickona; miejsce to nazywane jest również Burnett Memorial Fountain.

poniedziałek, 9 października 2017

Słowik irlandzki / Edna Lyall

Powieść irlandzkiej pisarki Edny Lyall (1857–1903) zatytułowana Słowik irlandzki należy do tych książek, które wydawnictwo Michała Arcta z lubością reklamowało jako wartościowe dla swoich starszych czytelników. Przekład Zofii Hartinghowej, który ukazał się po raz pierwszy jeszcze w 1915 roku, został przez nie dwukrotnie wznowiony: w 1922 i 1928 roku.

Edna Lyall

Autorka Słowika irlandzkiego przyszła na świat jako Ada Ellen Bayly (jej preudonim powstał z transpozycji liter w jej prawdziwym nazwisku) w angielskim Brighton i we wczesnym wieku straciła oboje rodziców; większość dzieciństwa spędziła u wuja w Surrey. Sama nigdy nie wyszła za mąż; spędziła życie u boku zamężnych sióstr i brata na wsi Bosbury. Poświęciła się pracy pisarskiej, zostając ostatecznie autorką 18 powieści; charakterystyczny dla jej twórczości jest fakt, iż wykorzystywała bohaterów swoich wcześniejszych dzieł i ukazywała ich dalsze losy (często jako postaci drugoplanowych) w kolejnych powieściach – zabieg znany nam chociażby z prozy Stefana Żeromskiego.

Pierwsze angielskie wydanie Doreen (1894)

Omawiana powieść nosi w oryginale tytuł Doreen: The Story of a Singer i została wydana w 1894 roku. Treść tej powiastki – obszernej i napisanej, mimo wszelkich innych jej zalet, dość niezgrabnie – skupia się wokół kariery muzycznej utalentowanej bohaterki tytułowej (w wersji polskiej Dory), która – występując w charakterystycznej dla niej czerwonej pelerynie – rozsławia we świecie tzw. sprawę irlandzką (dążenie do niepodległości i zrównania praw Irlandczyków i Brytyjczyków), angażując się – nieco przez przypadek, później już bardziej świadomie – w politykę. Ukrywa również smutną tajemnicę – jako dziecko była ona, wraz ze swoim angielskim przyjacielem (później zaś ukochanym) Maksem, świadkiem zabójstwa dokonanego przez irlandzkiego korepetytora. Sekret, który z początku dzieli zakochanych, wkrótce – z powodu wypłynięcia na światło dziennych nowych faktów i chęci zemsty starego kamerdynera, ukrywającego przez lata obciążające dowody – na zawsze już ich złączy, w obliczu sądowego skandalu. Skomplikowaną, naszpikowaną licznymi postaciami powieść czyta się dzisiaj dość ciężko, momentami bywa ona wręcz nużąca, co jednak nie przeszkadzało jej w latach 20-tych XX wieku być pomniejszym bestsellerem wydawnictwa Arcta.
Lyall, Angielka, w swej twórczości dotykała niejednokrotnie kwestii irlandzkiej (Irish Home Rule). Poznała tę tematykę bardzo dobrze, gdyż jeszcze na początku lat 80-tych XIX wieku (1882, 1884) poświęciła jej dylogię zatytułowaną odpowiednio Donovan oraz We Two (Nas dwoje); fabuła tego drugiego dzieła oparte było na biografi Charlesa Bradlaugha, angielskiego polityka wspierającego w swej działalności dążenia Irlandczyków. W Polsce wydano w sumie sześć jej powieści: najstarsza z nich to wydane jeszcze w 1892 przez „Biesiadę Literacką” dwutomowe Czasy Stuartów; pozostałe cztery wyszły w latach 30-tych w tłumaczeniach Janiny Zawiszy-Krasuckiej: Prawda zwycięża, Droga do raju, Błędny rycerz (wszystkie w 1933) oraz Zdobyte szczęście (1934).

Ilustracja z pierwszego angielskiego wydania Doreen

Słowik irlandzki w prasie reklamowany był jako „powieść patriotyczna z walk o wolność”; wydawnictwo Arcta zawzięcie lobbowało ten tytuł, widząc w nim dobry przykład dla młodzieży polskiej, a więc żyjącej w kraju, który właśnie przywrócony został na mapę Europy (podobnie jak po licznych powstaniach, w tym również tzw. powstaniu wielkanocnym [1916] Irlandia; ostatecznie w 1921 podpisany został Traktat angielsko-irlandzki, powołujący państwo do życia; mimo to Republika Irlandii oficjalnie powstała dopiero w 1937).

Okładka trzeciego polskiego wydania Słowika irlandzkiego (1928): jako autorka podana jest R.(!) Lyall

Powieść została odkurzona z zapomnienia – zaskakująco nie przez gdański Graf czy warszawskie Studio Publishing – dopiero w 1992 roku przez wrocławskie wydawnictwo Siedmioróg. Słowik irlandzki był pierwszą publikacją z „Serii z różową kamelią”, w której w sumie wyszło 7 powieści w estetycznej szacie graficznej (mimo iż można by dyskutować nad sensem przywracania czytelnikom np. streszczeń wielkich powieści, jak miało to miejsce z Maleńką Dorrit Karola Dickensa). Pierwszy tom wyszedł pod patronatem Małgorzaty Musierowicz, znanej pisarki młodzieżowej; po niej patronat ów przejęła niejako Krystyna Siesicka, twórczyni nie mniej znana. Musierowicz jest także autorką krótkiej notki, która w charakterze reklamy została umieszczona na czwartej stronie okładki:

Znakomita powieść Edny Lyall Słowik irlandzki rozpoczyna tę serię i od razu nadaje jej szlachetny, wysoki ton. Ta książka o miłości nie jest zwykłym romansem, z tych które łatwo się pisze i o których łatwo się zapomina. To powieść, w której losy zakochanych splątane są nierozerwalnie z losami kraju. A ponieważ tym krajem jest Irlandia - uczucia Dory i Maksa nie mogą rozwijać się łatwo i bez komplikacji. Od pierwszych kart książki zostajemy wciągnięci w dramatyczne, zawiłe wydarzenia i już nie potrafimy zdobyć się na obojętność. A wszystko, co dzieje się z Irlandzkim Słowikiem obchodzi nas tym bardziej, im więcej znajdujemy podobieństw w losach Irlandii i Polski, krajów walczących uparcie i z poświęceniem o swą niepodległość. Edna Lyall opisuje historię wielkiej miłości Irlandki i Anglika, którym burzliwe czasy przynoszą próbę za próbą, jeden trudny wybór za drugim. Kto chce się przekonać, jak ludzie szlachetni i dumni stawiają czoła przeciwnościom losu, jak walczą o swoją miłość i godność - powinien koniecznie przeczytać tę książkę.

Tytuł powieści, nawiązujący w sposób oczywisty do talentu muzycznego bohaterki, w ciekawy sposób zostaje wyjaśniony przez autorkę w samym środku powieści w dialogu głównych bohaterów:

Zachowajmy na ostatek... na deser, moje rodzinne miejsce, ale tobie może się ono nie wyda tak rozkoszne, jak mnie.
Ależ przeciwnie... To będzie moja Mekka. Miejsce urodzenia mega słowiczka irlandzkiego.
Śliczny komplement, ale niestety, niezgodny z prawdą. Nie ma słowików w Irlandii, ale za to nie ma też i wężów. Święty Patryk wygnał je.. zdaje się, że do Anglii.
No... no!... nie ubliżajcie mojej ojczyźnie – zaśmiał się Maks.

Tekst wydania w 1992 jest przeredagowaną wersją tłumaczenia Hartinghowej, które dziś trącić może już myszką – usunięto z niego wszelkie niezrozumiałe archaizmy, dodano za to przypisy, niejednokrotnie objaśniające realia historyczne, geograficzne czy np. zapomniane znaczenie pewnych francuskich terminów. Co ciekawe, powieść ta (jak i żadna inna autorstwa Edny Lyall) nie figurowała na Wykazie książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu z 1951 roku – mimo to nikt w okresie powojennym, aż do 1992 roku, nie próbował jej wznowić.

Pierwsze i jedyne do tej pory powojenne wydanie powieści z 1992 przez wrocławski Siedmioróg

Co się tyczy jeszcze samego tłumaczenia Hartinghowej, chciałbym wspomnieć tu o jeszcze jednym, ciągle powracającym na nowo aspekcie translatologii omawianego tu okresu (jak chociażby w przypadku Ani z Zielonego Wzgórza z 1991 roku w przekładzie Rozalii Bernsteinowej, gdzie tłumaczka nadała bohaterom odmienne imiona, gdyż ich pierwotne w Polsce kojarzyłyby się ewidentnie z osobami pochodzenia żydowskiego): czerwona lampka zapaliła mi się w momencie, kiedy natknąłem się na następujący fragment:

Miriam grała na fortepianie smętną jakąś kołysankę. Spostrzegłszy nauczyciela, podniosła na niego uśmiechnięte oczy. Babka Miriam była wschodniego pochodzenia, a młoda dziewczyna odziedziczyła po niej jej urodę i niezzwykły wdzięk, któremu mało kto mógł się oprzeć.

Hartinghowa posłużyła się tutaj dziś dość mało czytelnym kodem, który jednak na przełomie wieków był dla wszystkich czytelników zrozumiały; zajrzałem więc do oryginału i przekonałem się, że moja intuicja była słuszna. Co więcej, okazało się również, że Hartinghowa skracała też tekst powieści według własnego uznania. Powyższy fragment tak oto prezentuje się w angielskim oryginale:

The tutor wandered away to the other end of the drawing-room, where Miriam was playing a sad little Polish melody of which he was specially fond. She looked up at his approach, with smiling welcome in her brown eyes. Her grandmother had been a Jewess, and Miriam had inherited her beauty: there was something very fascinating about her, and few could resist the spell.

Babka Miriam nazwana zostaje więc dosłownie Żydówką, ponadto “smętna jakaś kołysanka”, którą gra na fortepianie bohaterka, jest w oryginale jej ulubioną polską melodią. Skąd u tłumaczki potrzeba wprowadzenia takich zmian, i skąd to zaskakujące ominięcie wątku polskiego? Nie nieuzasadnionym będzie zdaje się założenie, że tłumaczka przejawiała pewne nastawienie antysemickie, bądź też to ostatecznie wydawca – jak miało to miejsce zapewne w przypadku Ani z Zielonego Wzgórza – naciskał na to, aby książka nie zawierała żadnych odniesień do żydowskości, tym bardziej, gdy w jednym akapicie występowałyby ze sprawami polskimi. Również w innym fragmencie książki przepiękna twarz Miriam z „its Jewish outlines” została w przekładzie Hartinghowej określona jako „piękna twarz o wschodnich rysach”.

Nagrobek tłumaczki Zofii Hartinghowej na warszawskich Starych Powązkach

Sama tłumaczka, Zofia Hartinghowa (1852–1924), jest bardzo ciekawą postacią; dziś zapamiętana jest głównie jako tłumaczka i autorka dzieła zatytułowanego Ku światłu! Pokłosie myśli z niwy życia i ducha (wydawana również przez wydawnictwo Michała Arcta); ten do dziś popularny w kręgach ezoterycznych zbiór cytatów słynnych filozofów i mistyków jest sukcesywnie wznawiany i recypowany. Oprócz przekładu Słowika irlandzkiego dokonała również translacji Gwiazdy przewodniej Joan Gould, o której pisałem przy innej okazji. Wywodząca się ze starej polskiej rodziny arystokratycznej pani Zofia została pochowana na warszawskich Starych Powązkach: nagrobek upamiętnia ją właśnie jako autorkę ważnej, wciąż wznawianej i będącej w ciągłym obiegu książki Ku światłu!

poniedziałek, 2 października 2017

Złota Elżunia / Eugenia Marlitt

Bardzo długo zbierałem się z napisaniem o Złotej Elżuni Eugenii Marlitt – powieść tę poznałem już jakiś czas temu i cały czas drzemie we mnie uczucie entuzjastycznego wręcz zachwytu, jaki towarzyszył jej lekturze; do tej pory zajmuje ona miejsce w tej bardziej dziecięcej części mego serca. Jeszcze większą fascynację poczułem, gdy zacząłem wgłębiać się w niezwykłe losy tej zapomnianej już dziś kompletnie powiastki i mocno postanowiłem, że któregoś dnia postaram się odkurzyć ją z pyłu zapomnienia. Niniejszym prezentuję więc próbę rozbioru Złotej Elżuni na czynniki pierwsze, okraszoną kilkoma biograficznymi informacjami na temat jej autorki.

Portret autorki Złotej Elżuni

Niemiecka pisarka E. Marlitt (tak oficjalnie występuje w bibliografiach niemieckojęzycznych) przyszła na świat jako Friederieke Henriette Christiane Eugenie John w Turyngii w 1825 roku – zmarła zresztą niedaleko swego miejsca urodzenia, nieopodal miasteczka Arnstadt w wieku 62 lat, w 1887 roku. Pseudonim, który sobie nadała, rozszyfrowywany bywa jako skrótowiec od słów „Meine Arnstädter Litteratur”, jak niegdyś zapisano by po niemiecku „Moja literatura z Arnstadt”. Panna John dała się poznać w latach 60-tych XX wieku jako znakomita autorka lekkich, obyczajowych nowel i powieści – zadebiutowała w 1865 roku w słynnym lipskim czasopiśmie „Die Gartenlaube” („Altana”), w którym wychodziły odcinkami również jej późniejsze powieści, w tym także debiutancka Goldelse, znana w Polsce właśnie jako Złota Elżunia. Jak wielkim owa powiastka była bestsellerem niech świadczy fakt, że wraz z jej publikacją we wspomnianym periodyku jego sprzedaż wzrosła czterokrotnie, a nazwisko E. Marlitt stało się dosłownie z dnia na dzień – mówiąc bez ogródek – żyłą złota. Późniejsze wydania książkowe licznych powieści Marlitt były przeredagowanymi i rozszerzonymi wersjami publikowanych w odcinkach powieści w „Die Gartenlaube” – nietrudno więc jest sobie wyobrazić, ile różniących się od siebie wersji tych opowieści istnieje.

Wybrane strony z periodyku "Die Gartenlaube" ("Altana"); na lewo - uczczona autorka wśród bohaterów swoich powieści (1876), po prawej - okładka (1879)

Panna John nigdy nie wyszła za mąż – paradoksalnie, gdyż najczęstszymi tematami jej powieści były właśnie sentymenalne, romantyczne historie kochanków. Sukces komercyjny jej działalności pisarskiej pozwolił jej na samodzielne i dostatnie życie – zarobione pieniądze zainwestowała w budowę willi (nazwanej zresztą Marlitt) w rodzinnym Arnstadt, gdzie zamieszkała w 1871 z ojcem. Pod koniec życia cierpiała na zapalenie stawów, co sprawiło, iż ostatnie lata spędziła – jak jedna z bohaterek Złotej Elżuni – na wózku inwalidzkim.

Willa Marlitt oraz grób pisarki przedstawione na grafikach z II połowy XIX wieku

Popularność czytelnicza pisarstwa Marlitt nie szła w parze – jak bywa to najczęściej – z ocenami krytyki. Theodor Fontane, którego twórczość (jak powieść Effi Briest chociażby) zaliczana jest dziś do kanonu literatury niemieckiego realizmu, wypowiadał się krytycznie o jej pisarstwie, czemu towarzyszyła również swoista zazdrość z powodu wysokich nakładów jej powieści. W latach 40-tych szwajcarski pisarz Robert Walser próbował z kolei nieco zrehabilitować Marlitt, odnajdując w jej twórczości nie tylko ożywczego ducha, ale również dokument czasów, w jakich przyszło jej żyć, a czasy te były na wskroś ciekawe, biorąc pod uwagę ważne wydarzenia historyczne. Kraje niemieckie, których elity intelektualne dążyły już od przełomu XVIII i XIX wieku do zjednoczenia, zrealizowały swój plan w 1871 roku (proces ten trwał pięć lat, począwszy od roku 1866, w którym wybuchła wojna prusko-austriacka). Nietrudno więc zauważyć, że pisarstwo Marlitt, od publikacji Złotej Elżuni w 1865 roku, przypada właśnie na ten ważny i dość gorący okres historyczny, a opisywane przez nią – w sentymentalnym stylu – wartości mieszczańskiego życia na niemieckiej prowincji – w scenerii znanej jej chociażby z rodzimej Turyngii – idealnie współgrały z mityczną historią lobbowaną przez II Rzeszę Niemiecką o pokojowym, sielankowym i moralnie czystym życiu Niemców, stanowiących wspólny naród. W czasach sprawowania przez Bismarcka urzędu Kanclerza Rzeszy literatura Marlitt była swoistą wodą na młyn nowoutworzonego organizmu państwowego, a nacechowany nostalgicznie powrót do biedermeierowskich wartości mieszczańskich i rodzinnych oraz jego polityczne propagowanie miały na celu stłumienie wszelkich rewolucyjnych zrywów. Opisywany przez Marlitt świat ma w sobie nieco ze średniowiecznego feudalizmu; to rzeczywistość rycerskich arystokratów, którzy zakochują się w moralnie czystych, naturalnych dziewczętach z warstw niższych – albo upadłego mieszczaństwa, albo wręcz z ludu. Zepsuta arystokracja w postaci naburmuszonych i kapryśnych dam i markizów, nosi znamiona szkodliwego sfrancuszczenia (tutaj do głosu dochodzą animozje pozostałe jeszcze po wojnach napoleońskich i wciąż świeże po 1871 roku po wojnie francusko-pruskiej). Zgodnie z duchem niemieckiego oświecenia to właśnie niemieckie mieszczaństwo przechowywać miało wszelkie protestanckie wartości, które sprawiły, że naród niemiecki od wieków nieugięcie trwał – liczy się oczywiście ciężka praca, rozwój, budowanie serdecznych więzi międzyludzkich, najlepiej w ramach zamkniętej, bliskiej sobie społeczności, ale również odrzucenie wielkomiejskiego blichtru, zrzucenie sztucznej maski cywilizacji, powrót do natury, życie w zgodnie z nią i czerpanie przyjemności z najprostszych, odbywających się w rodzimym kręgu rytuałów. Czy w takim razie twórczość Marlitt nie przypomina nam nieco naszego polskiego sentymentalnego romansu, jaki kilka dekad później uprawiała Maria Rodziewiczówna?

Polskie dzieje tego tytułu są niezwykle ciekawe; tak naprawdę mamy do czynienia z dwiema różnymi opowieściami. Sam poznałem Złotą Elżunię z jednego z pierwszych po wojnie wznowień tej powieści, wydanego przez gdańskie wydawnictwo Graf w roku 1991. Jest to przedruk powieści wydawanej wielokrotnie przez wydawnictwo Michała Arcta, który niewątpliwie ten tytuł lubił, gdyż od pierwszej edycji w 1900 roku doczekał się on bardzo wielu wznowień, również w okresie międzywojennym. Tłumaczką i adaptatorką (jak się okazało, przede wszystkim tą drugą) była Zofia Bukowiecka (1844–1920), ceniona w XIX wieku tłumaczka, nauczycielka i pedagożka, jak również autorka dzieł dla dzieci i młodzieży o charakterze historycznym i patriotycznym.

Okładka pierwszego polskiego wydania Złotej Elżuni z 1900 roku

Bohaterką powieści Marlitt w opracowaniu Bukowieckiej jest tytułowa Elżunia (niemiecka Else), utalentowana muzyczne piętnastoletnia córka niezamożnych mieszczan z Poznania (Jeżyc!) o nazwisku Prawdzic. Rodzina dziedziczy nagle zamek na Śląsku (przypomnijmy, że w okresie, w którym rozgrywa się akcja i w którym wyszła adaptacja Bukowieckiej zarówno Śląsk, jak i Wielkopolska znajdowały się na terenie II Rzeszy – nie w Polsce – o tym jednak w powieści nie znajdziemy ani słowa). Elżunia wraz z rodzicami i młodszym bratem przenosi się zamku w Gnadkowie, w okolicy zarządzanej przez rodzinę Malickich, której głowa rodziny – przystojny, aczkolwiek pochmurny i enigmatyczny Karol – zjednuje sobie wkrótce serce naszej nastoletniej bohaterki; jest on już mężczyzną w sile wieku, jednak to wydaje się nie stanowić tutaj żadnego problemu. W rezydencji Malickich mieszka również siostra Karola, Maria – schorowana, poruszająca się na wózku (jak sama autorka) kobieta, której uległa i dobra natura nie pozwala buntować się przeciw narzuconemu jej towarzystwu baronowej Lessen oraz jej wychowanki, uciążliwej Belci. Maria zaprzyjaźnia się blisko z Elżunią, która doprowadza ostatecznie do kompromitacji znielubianej baronowej. Prawdzicowie – a w szczególności śliczna Elżunia – spotykają się również z niechęcią miejscowej chłopki, która pracuje jako służąca baronowej Lessen, autochtonki (a więc Niemki) Berty – z jej strony spotykają polską Elżunię nawet szykany, gdyż zazdrośnica podejrzewa, iż jej domniemana konkurentka rozkochała w sobie jej ukochanego. Na śląskiej prowincji pojawia się również nauczycielka o zacięciu reformatorskim, panna Kawecka. Całości obrazka dopełniają ekscytujące wydarzenia związane z odkrywaniem przeszłości przodka Prawdziców, von Gnadewitza (kolejny niemiecki akcent opowieści), zniesławionego szlachcica, który – jak się okazuje – swą złą reputację zyskał sobie dlatego, iż nawiązał swego czasu romans z cygańską pięknością, którą ciekawy grób w nienaruszonej formie znajduje przez przypadek grupa ratunkowa pewnej niespokojnej nocy. 

Cóż więcej napisać można o tej wdzięcznej i – co tu ukrywać – niesamowicie zręcznie skonstruowanej powieści? Znaleźć tu można ogromną liczbę odniesień do Mickiewiczowskiego Pana Tadeusza; na niemieckim w XIX wieku Śląsku panuje bez mała soplicowska gościnność, a polski epos narodowy cytowany jest z niespodziewaną częstotliwością. Podczas muzycznych wieczorów panny wykonują Świteziankę Chopina oraz Modlitwę dziewicy Bądarzewskiej, a pies autochtonki Berty nosi imię słowiańskiego bóstwa, Perkuna. I cóż z tego, że wszyscy okoliczni arystokraci noszą również polskie imiona?

Okładka Złotej Elżuni V wydania M. Arcta (1925)

Od początku mojej lekturze Złotej Elżuni towarzyszyło ogromne zaskoczenie, które wkrótce zamieniło się w pewność, iż adaptacja Bukowieckiej jest po prostu przepisaniem powieści Marlitt o propolskim charakterze; dziełko opisujące tego typu wyssane z palca realia nigdy nie wyszłoby spod pióra żadnej niemieckiej autorki, chociażby z tego względu, że znajomość owych polskich akcentów byłaby dla niej niemożliwa. Z tym większą ciekawością oczekiwałem momentu, kiedy zajrzę do niemieckiego oryginału i porównam obie wersje, do czego w końcu doszło; w międzyczasie jednak dokonałem również innego odkrycia: otóż Złota Elżunia Bukowieckiej nie była jedyną, a nawet pierwszą polską wersją powieści Marlitt! Już w 1868 toku (a więc dwa lata po ukazaniu się oryginału) warszawskie wydawnictwo Józefa Ungera opublikowało polski, anonimowy przekład, który ani powieści nie skraca, ani nic w niej nie zmienia (jak się okazało, adaptacja Bukowieckiej jest również okrojoną wersją powieści Marlitt); autor powieści brany był za mężczyznę, o czym świadczy zapis "powieść E. Marlitt'a". Przekład nie był jednak nigdy powielony i to właśnie adaptacja Bukowieckiej z 1900 roku była wielokrotnie wznawiana przez Arcta w zasadzie do samej II wojny światowej; w latach 90-tych również (tylko, niestety) ta wersja doczekała się licznych wznowień. Obecnie wydanie Ungra dostępne jest w wersji cyfrowej.

Strona tytułowa Złotej Elżuni z wydania Józefa Ungra z 1868 roku

Tak więc w oryginale nie pojawiają się żadne polskie akcenty – Poznań Jeżyce to „Hauptstadt B.”, czyli najprawdopodobniej po prostu Berlin; Gnadkowo (w wydaniu Ungra – zamek G.) to „Schloss Gnadeck”. Na niemieckim Śląsku nie rozbrzmiewają utwory polskich twórców, ale niemieckich – chociażby Król Olch Schuberta. Pies Berty (Berthy w oryginale), którym ta szczuje niesłusznie oskarżoną Elżunię, nie nosi imienia Perkun, ale po prostu Wolf (w wersji wydanej przez Ungra dziwnie przezwany został Obalem); Maliccy to państwo von Walde (Karol to Rudolf, a Maria to Helene), Prawdzicowie zaś nazywają się naprawdę Ferber, zaś nauczycielka – panna Kawecka – to Miss Mertens. Jedyne nazwy, które Bukowiecka pozostawiła niezmienione, to nazwisko baronowej Lessen, imię jej wychowanki – Belli, gospodyni zamku Sabiny, nazwisko przodka rodu – von Gnadewitza oraz wspomnianej już autochtonki – Berthy. Co więcej, w oryginale książkowa schorowana Helena nie dożywa końca powieści – odchodzi ona również w polskiej wersji z 1868 roku, gdzie „„... umarła [...] na rękach Elżbiety, błogosławiąc tych, którzy nieszczęśliwej, tylokrotnie w życiu doświadczanej istoty, do ostatniej nie opuszczali chwili”; Bukowiecka mogła uznać, że nieuśmiercenie bohaterki wpłynie pozytywniej na psychikę czytelnika. Poniżej przedstawiam zestawienie systematyzujące najważniejsze zmiany:

Oryginał
E. Marlitt (1866)
Tłumaczenie
(J. Unger, 1868)
Adaptacja Zofii Bukowieckiej (M. Arct, 1900)
Elizabeth/Else Ferber
Elżbieta/Elżunia Ferber
Elżbieta/Elżunia Prawdzicówna
Rudolf von Walde
Rudolf von Walde
Karol Malicki
Wolf von Gnadewitz
Wolf von Gnadewitz
Jan von Gnadewitz
Helene von Walde
Helena von Walde
Maria Malicka
Bertha
Berta
Berta
Baronin Lessen
baronowa Lessen
baronowa Lessen
Sabine
Sabina
Sabina
Jost von Gnadewitz
Jost von Gnadewitz
Jost von Gnadewitz
Bella
Belcia
Belcia
Miß Mertens
Miss Mertens
panna Kawecka
Wolf (pies)
Obal (pies)
Perkun (pies)

Mamy więc do czynienia z rzadką formą swoistego przepisania (niemieckiego Nacherzählung) pierwotnego tekstu z dodaniem przez adaptatorkę propolskich haseł i służącej wychowaniu polskiej młodzieży w duchu patriotycznym; według Bukowieckiej opowieść Marlitt idealnie się do tego nadawała. Dziś zabieg ten budzi raczej negatywne odczucia – tak głębokie ingerowanie w cudzy tekst oraz pozostawianie przy tym nazwiska autorki oraz oryginalnego tytułu to zabiegi w dzisiejszych czasach niepraktykowane i nieakceptowane, szczególnie w obliczu wszelkich rozporządzeń związanych z prawami autorskimi.

Pierwsze wydanie adaptacji Bukowieckiej wyszło już w 1900 roku; zostało ono opatrzone krótkim wstępem od tłumaczki, w którym przyznaje się ona do poczynionych przez siebie skrótów i zmian:

Złota Elżunia, książka Eugienji Marlitt, jest powszechnie znaną i wysoko cenioną, czego dowodem, że jest tłómaczoną na wszystkie języki europejskie. Są w niej jednak powikłania powieściowe nie odpowiadające naszym pojęciom, choć rzecz sama może i powinna zwiększyć szczupły u nas zbiór powieści stosownych dla młodego wieku. Starałam się więc usunąć to, co uważałam za niezgodne z naszemi ideałami i kulturą, a pozostawić nietknięte szlachetne a barwne tło opowiadania, stwarzając powieść, którą mogą czytać z zajęciem zarówno dorastające, jak i dorosłe panny. 
Z. B. 
Warszawa, 3 maja 1900 r.
Ogromna szkoda, że późniejsze wydania, w tym te powojenne (począwszy od 1991 roku) nie zawierają tej notatki, która wiele wytłumaczyłany współczesnym czytelnikom.

Również w recenzjach prasowych, w tym tej z 1901 roku („Przegląd pedagogiczny”, wydawany w Warszawie również drukiem Michała Arcta), przeczytać możemy o owych zmianach:

Autorka, której utwór przyswojono świeżo naszej literaturze, nie pisze dla dzieci, lecz należy do powieściopisarek ze szlachetną tendencyą, których książki można bez obawy dać w ręce młodzieży dorastającej, a w szczególności panien. Z tą myślą spolszczyła Złotą Elżunię p. Zofia Bukowiecka, usuwając to wszystko, co jest niezgodne z naszą kulturą i ideałami i nadając całości tło bardziej swojskie.  [...] 
Wogóle, pomimo niezaprzeczonych zalet ocenianej powieści, nie przypisujemy jej przyswojeniu nadzwyczajnego znaczenia pedagogicznego. Dla chłopców i dziewcząt do lat 15 czytanie romansów, choćby w najszlachetniejszym trzymanym tonie, jest co najmniej przedwczesne; co się zaś tyczy dojrzalszej młodzieży, to ważnem zadaniem przy wyborze czytania jest z jednej strony stopniowe obznajmienie jej z arcydziełami literatury, z drugiej - uzupełnienie braków nauki systematycznej przez dziełka popularne z różnych dziedzin wiedzy, skutkiem czego czytanie powieści może być tylko rozrywką w chwilach wolnych. O ile jednak rozrywki tej młodym dziewczętom nie możemy i nie powinniśmy odmawiać, Złota Elżunia należy do utworów belletrystycznych, które panienka 15–17-letnia (byle nie młodsza!) może przeczytać nietylko hez szkody, lec z z pewną korzyścią dla umysłu i serca.       
A. S.
Powieść musiała być szeroko czytana, skoro Arct wznawiał ją jeszcze pięć razy, i to w dość rozpiętym czasowo okresie (1908, 1919, 1920, 1925, 1930).


Wydania Złotej Elżuni z lat 90-tych XX wieku; od lewej: 
Graf (1991), Studio Publishing (1991), Siedmioróg (1996)
Siedmioróg (1998), Ethos (2000), Graf (Nieoczekiwane dziedzictwo, 1993)

Po II wojnie światowej czekać trzeba było aż do lat 90-tych, gdyż tematyka powieści zdecydowanie nie odpowiadała nowej liteaturze, jaka służyć miała kształceniu socjalistycznej młodzieży. Dwóch wznowień Złotej Elżuni dokonały prawie jednocześnie w 1991 roku wydawnictwa Graf i Studio Publishing (to pierwsze dwa lata później, w 1993, według narzuconej sobie w tamtym okresie maniery wznawiania powieści pod nowymi tytułami, wydało ją jako Nieoczekiwane dziedzictwo). W 1996 i 1998 powieść wydaje również wrocławski Siedmioróg, a w 2000 wydawnictwo Ethos (niestety błędnie przypisując jej przekład Janinie Buchholtz – pomyłka wynikła z podobieństwa jej nazwiska do właściwej Bukowieckiej [co więcej, konspiracyjnym nazwiskiem pani Janiny było również podobne Bukolska]). Dziwi fakt, iż zawsze wznawiana była właśnie adaptacja, a nie tłumaczenie oryginału, które było przecież dostępne w krajowych bibliotekach – wydaje się jednak, że renoma wydawnictwa Arcta wystarczyła, aby współcześni wydawcy sięgali właśnie po lobbowaną niegdyś przez nie wersję tekstu (być może nawet bez świadomości, iż mają do czynienia ze skrótem i adaptacją).

Powieści E. Marlitt nigdy nie weszły do kanonu wielkiej literatury niemieckojęzycznej, nie jest czytana czy nawet wspominana – co wiem z pierwszej ręki – na wykładach z literatury niemieckiej, jej dzieła nie figurują na liście lektur na filologii germańskiej, chociażby uzupełniających. Są one kolejnym dowodem na to, iż sukces komercyjny i wielka sława za życia nie zawsze są tożsame z wiecznym uznaniem i zapisaniem się na kartach historii literatury. Mimo wszystko z ogromną przyjemnością nadrobiłem swoje braki w tej kwestii, a lektura powieści Marlitt – po które co jakiś czas sięgam chociażby dla rozrywki – pozwala zrozumieć specyfikę czasów, w których żyła i tworzyła ta pisarka, a które w literaturze niemieckojęzycznej – w odróżnieniu od chociażby polskiej, francuskiej, angielskiej czy rosyjskiej – nie należą do szczytowego okresu jej rozwoju.

Berlińska Kolumna Zwycięstwa

Jako ciekawostkę należy dodać jeszcze fakt, iż Złota Elżunia inspirowała twórców muzycznych i teatralnych – polki i gawoty autorstwa Carla Gänschalsa czy Gustava Richtera publikowane były również przez polskie wydawnictwa na przełomie wieków XIX i XX. Pod nazwą Goldelse funkcjonuje zaś do dziś w obiegowej niemczyźnie berlińska Kolumna Zwycięstwa (Siegessäule), upamiętniająca zwycięstwa Niemiec w wojnach, które końcowo doprowadziły do zjednoczenia krajów niemieckich w II Rzeszę w 1871 roku.