czwartek, 23 lutego 2017

Poradź sobie z książką TAG

Jakiś czas temu moja przyjaciółka Agnieszka Maruszewska z bloga Pokrewne dusze nominowała mnie "poradzenia sobie z książkami" - specjalnego tagu dla blogerów piszących o literaturze. Takiej nominacji oczywiście nie mogłem odmówić i w związku z tym, po ponad tygodniu zwłoki (poświęconemu pracy nad innymi, bibliograficznymi wpisami) przedstawiam swoje pomysły. 

Powieści nie zostały wybrane według żadnego klucza; o niektórych pisałem, o niektórych jedynie wspominałem. Łączy je wszystkie to, iż powstały przed zakończeniem II wojny światowej, większość z nim w okresie przełomu wieków (w nawiasie podaję datę pierwszego wydania oryginału).

A więc do dzieła!


Pytanie: Jak zmienić żarówkę? 


Lucy Maud Montgomery, Historynka (The Story Girl, 1911)

Bezokolicznik: asystować

Dzieci zdecydowanie nie powinny o takich rzeczach myśleć? I niech lepiej same również nie kombinują - mogą jedynie asystować komuś dorosłemu, na przykład wujkowi Alekowi albo ciotce Janet. 


Pytanie: Jak upiec ciasto?


Alice Munro, Przyjaciółka z młodości (Friend of My Youth, 1990)

Bezokolicznik: stracić

Grunt to nie stracić zapału: czasem można się nosić z pomysłem upieczenia ciasta całymi dniami albo i tygodniami, a kiedy przyjdzie co do czego cały zapał odchodzi. A przecież wystarczy pomyśleć o tym, ile radości można sprawić jakimś słodkim przysmakiem na przykład jakiejś szkolnej przyjaciółce.


Pytanie: Jak napompować koło w rowerze?


Lucy Maud Montgomery, Rilla ze Złotego Brzegu (Rilla of Ingleside, 1921)

Bezokolicznik: całować się

Do napompowania opony w rowerze wystarczy zdecydowanie jedna osoba. W przeciwnym razie, o ile zabierze się do tego załóżmy jakaś para, z pompowania może nic nie wyjść: zamiast skupić się na właściwej czynności zakochani zaczną się jeszcze całować i z wycieczki rowerowej nici.


Pytanie: Jak dostać piątkę z testu?


Lucy Maud Montgomery,  Ania z Wyspy Księcia Edwarda (The Blythes Are Quoted, 1942, wyd. 2009)

Bezokolicznik: spojrzeć

Testów nie należy się obawiać ani przed nimi stresować. Wystarczy przecież spojrzeć na nie trochę życzliwiej: pisząc test, sprawdzamy własną wiedzę i przez to siebie samych!


Pytanie: Jak szybko posprzątać pokój?


Ferenc Molnár, Chłopcy z Placu Broni (A Pál utcai fiúk, 1906/1907)

Bezokolicznik: potrafić

To nieprawda, że aby posprzątać szybko pokój, trzeba posiąść jakieś specjalne zdolności. Wystarczy tego mocno chcieć i skupić się na danej czynności. Spróbuj, z pewnością ty też to potrafisz!


Pytanie: Jak schudnąć?


Susan Coolidge, Po prostu Katy (What Katy did, 1872)

Bezokolicznik: wyglądać

Oczywiście, każdy z nas chciałby wyglądać zdrowo i atrakcyjnie. Ale co zrobić, kiedy zdarzy nam się przytyć o parę niechcianych kilogramów? Nic prostszego: zdrowa dieta i odrobina sportu - takie zasady znane były co najmniej od połowy XIX wieku i nawet ciocia Izzie popierała ruch na świeżym powietrzu.


Pytanie: Jak naprawić zepsutą pralkę?


Kate Douglas Wiggin, Rebeka ze Słonecznego Potoku (Rebecca of Sunnybrook Farm, 1903)

Bezokolicznk: przyjść

Na tym po prostu trzeba się znać. Najprościej zadzwonić po znajomego specjalistę i zapytać grzecznie, kiedy ów ekspert mógłby do nas przyjść i rzucić okiem na zepsutą maszynę.


Pytanie: Jak mieć więcej czasu na czytanie?



 Maria Susanna Cummins, Tajemnica Gerty (The Lamplighter, 1854)

Bezokolicznik: być

To pytanie zadaje sobie każdy miłośnik literatury, bo o czas na czytanie coraz trudniej. Ale są na to sposoby: nie marnować czasu na bezcelowe oglądanie telewizji, buszowanie po sklepach czy rozmowy o niczym. Ale w tych postawieniach trzeba być twardym i konsekwentnym. 


Wygląda na to, że jakoś sobie z tym wymagającym zadaniem poradziłem. W związku z tym, że muszę nominować do jego wykonania kolejną osobę, przekazuję pałeczkę wielbicielce prozy Montgomery Uchomisi - autorce wspaniałego i inspirującego Robótkowego blogu Uchomisia!


piątek, 17 lutego 2017

Co wiemy o Janinie Zawiszy-Krasuckiej?

W momencie, kiedy pięć miesięcy temu zamieściłem na swoim blogu artykuł zatytułowany „Kim była Rozalia Bernsteinowa?”, będący podsumowaniem poszukiwań na temat tej enigmatycznej tłumaczki autorstwa mojego i Agnieszki Maruszewskiej z blogu Pokrewne Dusze, kilkoro czytelników zaczęło prosić nas o przeprowadzenie podobnych śledztw w sprawie innych tłumaczy, którzy parali się translacjami prozy L.M. Montgomery: w ten sposób powstał już, opublikowany przez Agnieszkę, szkic biograficzny o Andrzeju Magórskim/Marcelim Tarnowskim, tłumaczu Ani z Wyspy, wydanej nielegalnie przez wydawnictwo braci Francuzów w Łodzi, następnie zaś wznowionej w trakcie II wojny światowej dla ludności cywilnej polskiego pochodzenia w Palestynie. Razem z Agnieszką trzymamy oczywiście rękę na pulsie i zgłębiamy dalej tę tematykę, poszukując i gromadząc malutkie – niestety – fragmenty informacji o interesujących nas literatach. Dziś postaram się podsumować zwięźle nasze dochodzenie w sprawie Janiny Zawiszy-Krasuckiej, zasłużonej tłumaczki cały czas wznawianych kolejnych części cyklu o Ani autorstwa Montgomery: Ani na uniwersytecie (1931), Doliny Tęczy (1936) oraz Rilli ze Złotego Brzegu (1936), ale także jej Historynki (1936).

Z początku nie zakładaliśmy, że również ta tłumaczka – wzorem Rozalii Bernsteinowej (będącej pseudonimem, jak podejrzewamy, Janiny Mortkowiczowej) czy wspomnianego Magórskiego/Tarnowskiego – wywodzić się będzie również z kręgów żydowskich; nasze mylne założenie szybko zostało sprostowane, kiedy natknęliśmy się na informację, iż współpracowała ona z reformatorskim tygodnikiem „Ewa”, kierowanym do kobiet żydowskich: jej nazwisko panieńskie w formie Janina Krasucka widnieje w stopce współpracowniczek redakcji. Poza tym, jakże nikłym, tropem wspominał o niej również Ludwik Krasucki, nieżyjący już wieloletni przewodniczący Stowarzyszenia Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej, który mylnie przypisuje jej tłumaczenie Ani z Zielonego Wzgórza, pierwszej części cyklu Montgomery. Jest to jednak bardzo cenny trop, gdyż żydowskie pochodzenie pani Janiny poświadcza w tym wypadku nie jedynie sama zbieżność nazwisk. Agnieszka skontaktowała się z obecnym przewodniczącym stowarzyszenia, prosząc o jakiekolwiek informacje na temat pani Janiny; przeprowadził on – ku naszej ogromnej uciesze – rozmowę z wdową po panu Ludwiku, ta jednak nie przypomniała sobie jakichkolwiek rozmów tudzież wspomnień na temat interesującej nas osoby. Jakkolwiek rodzina Ludwika Krasuckiego osiadła w Warszawie, można zatem wnioskować, iż pani Janina również związana była z tym miastem.

Pierwsze tłumaczenia sygnowane są jeszcze jej nazwiskiem panieńskim; najwcześniejsze, jakie udało nam się odnaleźć, pochodzą z 1927 roku; dwa lata później pojawiają się już tłumaczenia sygnowane obojgiem nazwisk, domniemywać zatem można, iż w tym czasie pani Janina wstąpiła w związek małżeński (prawdopodobnie w roku 1928); pomocne w uściśleniu tych danych są zapowiedzi audycji radiowych z jej udziałem – tłumaczka była bowiem zapraszana do czytania bajek oraz prowadzenia programów autorskich skierowanych do dzieci i młodzieży – o tym więcej za chwilę.

Nazwisko tłumaczki prowadzi również do innego miejsca, które może być zupełnie błędnym tropem, należy jednak na wszelki wypadek o tym nadmienić: w szkole ludowej w Busku (okręg lwowski) działała bowiem nauczycielka o tym samym nazwisku, które pojawia się w lokalnej prasie zarówno w kontekście wykazu datków nauczycielskich jak również informacji o mianowaniach i przeniesieniach kadrowych. Nie jesteśmy jednak w stanie ustalić, czy ta osoba to interesująca nas tłumaczka prozy Montgomery, czy jest to po prostu zbieżność nazwisk.

Jako tłumaczka była Janina Zawisza-Krasucka aktywna w trzech obszarach: powieści popularnej, prasy (opowiadania) oraz teatru (dramaty); należy dodać, iż niektóre z powieści ukazywały się w odcinkach we współczesnej prasie, m.in. we wspomnianej „Ewie”: Dziewczęta Edny Ferber czy Wielkie serce ówczesnej królowej romansu (namiętnie wznawianej przez prywatne wydawnictwa po 1989 roku) Ethel M. Dell; wspomniany powyżej jej najwcześniejszy opublikowany przekład to Kobieta czy zegarek E. Tomy w czasopiśmie „Famulus”. Jej translacje były drukowane również w takich czasopismach jak „ABC – nowiny codzienne” (Siła telepatji[!] Arthura Lonsdale’a), „Naokoło świata” (Przygoda Wiery Arkadiusza Awerczenki , Gość z pod[!] 46 Alexandra Alexandra oraz Zdrada Christel Broehl Delhaes), „Świat” (Urlop Ossipa Dymowa, Mistrz Sztibicki Felicjana Uhlschmida oraz Najdroższe futro na świecie Marte Madeleine) czy „Tęcza” (Imitacja Barry’ego Paina). Jako tłumaczka dramatów przysłużyła się polskim teatrom spolszczeniem sztuk Harry’ego Jenkinsa (Kobieta i szmaragd), Leo Lenza (Perfumy mojej żony), Jerzego Kaisera (Dzień październikowy) oraz Siegfrieda Geyera (Skandal w Savoy’u[!]). Jak wykazują m.in. katalog Biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Katalog Nukat, publikowała również pod pseudonimem, który brzmiał:  Jane Zawiska.

Na łamach prasy aktywna była również w „Moim pisemku”, zawiadywanym przez małżeństwo Arctów: zdarzało jej się popełnić krótkie artykuliki o tematyce przyrodniczej, jak chociażby popularyzatorski szkic o krokodylach. Była również główną redaktorką książeczek dla dzieci z serii „Biblioteczka książek radosnych” (przeznaczonych dla dzieci w wieku od 5 do 8 lat).

Artykuł o krokodylach do "Mojego pisemka"

Lista książek z serii "Biblioteczka książek radosnych" - aż cztery z nich opracowała nasza tłumaczka

Jako tłumaczka powieści była Janina Zawisza-Krasucka bardzo płodna: jej przekłady figurują zawsze jako translacje z języka angielskiego. Lista autorów, których tłumaczyła, byłaby bardzo długa, dlatego ograniczmy się do nazwisk, które dzisiejszy czytelnik może jeszcze kojarzyć: Zdobyte szczęście Edny Lyall (autorki Słowika irlandzkiego), Ci, co się bogacą oraz Teraz, później, kiedyś Berty Ruck, powieści romansowe wspomnianej Ethel M. Dell (m.in. Na skalistym wybrzeżu, Czarny rycerz – autorkę tę przekładali również Marceli Tarnowski i Maria Rafałowicz-Radwanowa), przygodowe powieści Rexa Beacha (Dziewczę z Dalekiej Północy, Pod 53 stopniem szerokości), powieści sensacyjne (Rada sprawiedliwych Edgara Wallace’a, Świadek w oknie Charlesa Barry’ego) oraz kryminały (Kobieta o dwóch nazwiskach, Tajemnica dworu Markenmore J.S. Fletchera). Jeśli chodzi o klasykę dla młodzieży, oprócz czterech dzieł Montgomery pani Janina spolszczyła również popularną powieść Angeli Brazil (Szkoła w słońcu aka. Złote szkolne czasy) oraz dwie powieści Eleanor H. Porter (Panna Billy, Pollyanna dorasta). Na pograniczu literatury romansowej i młodzieżowej plasuje się trylogia o Vivien aurostwa Williama Babingtona Maxwella (autora wyjątkowo popularnego w naszym kraju, którego również tłumaczyli Marceli Tarnowski oraz Maria Rafałowicz-Radwanowa; Vivien, Nowe życie Vivien, Zwycięstwo Vivien). Na uwagę zasługuje również fakt, iż Janina Zawisza-Krasucka ma wśród swoich tłumaczeń również bardziej uprzywilejowane nazwiska: Daniela Defoe (Robinson Krusoe: w podróży naokoło świata), Agathę Christie (Tajemniczy przeciwnik) czy Lewisa Carrolla (W zwierciadlanym domu – druga część przygód słynnej Alicji). Ostatnie odnotowane tłumaczenia ukazują się w 1939 roku.

Niektórzy autorzy, których dzieła przełożyła Janina Zawisza-Krasucka: Berta Ruck, Edgar Wallace, Ethel M. Dell, Eleanor H. Porter, William Babington Maxwell, Lucy Maud Montgomery

Istnieje również podejrzenie, iż Janina Zawisza-Krasucka mogła być autorką kilku książek dla dzieci, w tym m.in. sygnowanej jej nazwiskiem serii o Anielce (chodzi o wydane w 1934 trzy tomy krótkich powieści dla młodzieży zatytułowanych: Anielka w szkole, Anielka pracuje oraz Anielka w mieście). W znalezionych jednakże recenzjach autorstwa J. Matatowskiej mowa jest o „opracowaniu na podstawie niepodanej powieści” i za tą tezą opowiadamy się również my – w jednym z warszawskich antykwariatów udało nam się obejrzeć jeden z tomów tej trylogii i znaleźliśmy adnotację, iż jest to opracowanie; swoją drogą, bardzo ciekawe jest pochodzenie tego oryginalnego dziełka. Mylący tytuł sugerowałby kolejny klon słynnego cyklu Montgomery, jednak trylogia o Anielce opowiada o dziejach dziewczynki pochodzącej z klasy robotniczej, która po ukończeniu szkoły powszechnej podejmuję pracę w fabryce tkackiej, w ostatniej zaś części znajduje pracę w wielkim mieście w charakterze służącej oraz ekspedientki; cykl kończy się happy endem, w którym Anielka wychodzi za mąż za czeladnika Staśka, który następnie zostaje mianowany listonoszem.

Okładki trylogii o Anielce (źródło: Polona)

Jak widać chociażby z powyższego przywołania wybranych tytułów jej przekładów, Janina Zawisza-Krasucka traktowała swą pracę translatorską bardzo poważnie, gdyż musiało ono stanowić źródło jej utrzymania. To z kolei tłumaczyłoby bardzo absorbujący fakt, iż kilka jej publikacji ujrzało światło dzienne we wspomnianym powyżej dzienniku „ABC” – ten istniejący bowiem w latach 1929–1939 związany z polskim ruchem narodowym periodyk był programowo antysemicki (kilkakrotnie wroga wymowa publikacji prowadziła do zaostrzenia cenzury i konfiskaty nakładów). Rodzina Krasuckich była zasymilowaną rodziną żydowską, widać do tego stopnia, iż redaktorzy owego dziennika nie zgłębiali pochodzenia publikowanej przez nich tłumaczki (oraz nie byli świadomi jej wcześniejszej działalności na łamach programowo żydowskiej „Ewy”), w przeciwnym bowiem razie jej publikacje nie ujrzałyby w nim światła dziennego.

Należy również wspomnieć o obecności Janiny Zawiszy-Krasuckiej w polskim radiu: z pomocą przychodzą tutaj zapowiedzi audycji zachowane w ówczesnej prasie. Pani Janina czytała m.in. bajki własne bądź z przekładów z angielskiego; zachowane są również tytuły innych jej audycji, takich jak „Majowy dzień” (mogło być to słuchowisko jej autorstwa), „Historia o… naleśniku” (bajka norweska), „Jak Miś, Ryś i Bryś wyjeżdżali na wakacje”, cykl audycji „Z naszej wsi”. W roku 1929 pani Janina wygłosiła również „felieton uzdrowiskowy” zatytułowany „Tam, gdzie Prądnik srebrny wstęgą płynie”. Znaleźliśmy również informację o tym, iż pani Janina nagrywała relacje z podróży z ramienia sprawozdawcy radiowego – czyżby była to jedna z jej funkcji? Pani Janina była również redaktorką „Świata kosmetycznego” – czasopisma dla kobiet z podtytułem „Higiena, fryzura, moda”.

Okoliczności śmierci pani Janiny są niejasne; jej żydowskie pochodzenie oraz niejako automatyczne skojarzenie z losami Marcelego Tarnowskiego, który zginął w obozie koncentracyjnym w Treblince, nasuwały najgorsze przypuszczenia. W prasie powojennej udało nam się natknąć na dwa ogłoszenia związane z osobą Janiny Zawiszy-Krasuckiej: jedno dotyczyło poszukiwań tłumaczki („Rzeczpospolita i Dziennik Gospodarczy”, 16.04.1947), drugie informowało o jej śmierci, która nastąpiła jeszcze przed Powstaniem Warszawskim („Życie Warszawy”, 27.04.1947).


Ogłoszenia prasowe z 1947 roku

W okresie powojennym, aż do roku 1989, jedynymi wznowieniami tłumaczeń Janiny Zawiszy-Krasuckiej były powieści z cyklu o Ani autorstwa L.M. Montgomery (przez wydawnictwo Nasza Księgarnia; tłumaczce tej błędnie przypisano przekład Ani z Avonlea z 1957, bowiem jest on autorstwa Rozalii Bernsteinowej). Dopiero otwarcie rynku księgarskiego na prywatne przedsiębiorstwa doprowadziło do wysypu wznowień tłumaczeń pani Janiny, głównie powieści przeznaczonych dla młodzieży: m.in. Historynki L.M. Montgomery, Złotych szkolnych czasów Angeli Brazil, dzieł Eleanor H. Porter, powieści romansowych Ethel M. Dell, Berty Ruck, Williama Babingtona Maxwella, sensacji Edgara Wallace’a oraz w ostatnich latach (2015) również kryminałów J.S. Fletchera. Aż dziw bierze, na ilu kartach tytułowych powieści popularnych możemy odnaleźć nawet dziś nazwisko tej zasłużonej tłumaczki!


Dopisek z dnia 14 marca 2017
Od czasu opublikowania artykułu o pani Zawiszy-Krasuckiej Agnieszka Maruszewska znalazła jeszcze kilka dodatkowych informacji o naszej tłumaczce. Dotyczą one głównie jej działalności teatralnej i radiowej.

W roku 1931 Teatr J. Słowackiego w Krakowie wystawił w jej tłumaczeniu sztukę Gyula Somogyi'a zatytułowaną Ojcowie Pauletty, w 1933 roku zaś tzw. Teatr dla dzieci w „Hollywood” odegrał Króla Naparstka – baśń sceniczną „ze śpiewami i tańcami” jej autorstwa.

Ojcowie Pauletty G. Somogyi'a w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Co się zaś tyczy obecności pani Janiny w przedwojennym radiu (o którym szeroko wspominałem w artykule), dodać można informację, iż już w 1929 roku w „Polsce zbrojnej” ukazała się zapowiedź programu z jej udziałem – „Dzieci Warszawy Dziadkowi”.

Warto również wspomnieć o sporze sądowym dotyczacym Tajemnicy znachora, bedącej adaptacją scenariusza filmu o Krystynie – królowej szwedzkiej. Postawiono książce zarzut rozpowszechniania treści o charakterze pornograficznym!  Całe szczęście zarzuty zostały odrzucone.

Dodatkowe przekłady, które w ogłoszeniach prasowych udało się odnaleźć, to: Szary dom Jacka Laita, Księżniczka Otylja(!) oraz Wesołe przygody Arystydesa Pujol’a(!) Williama J. Locke’a, Dziedzictwo krwi Lewinsona (powieść o o antysemityzmie w Stanach Zjednoczonych) czy też Wielkie serce autorstwa ówczesnej królowej romansu, E.M. Dell (przedrukowywana odcinkami w czasopiśmie „Ewa”).

czwartek, 16 lutego 2017

Gwiazda przewodnia / Joan Gould

Dzisiejszym wpisem chciałbym otworzyć krótki poświecony powieściom dla młodzieży, których krótkie recenzje-reklamy pojawiły się w 6 grudnia 1930 roku w „Moim pisemku” (periodyku dla dzieci i młodzieży, wydawanych przez Michała Arcta, który był również wydawcą wspomnianych tytułów). Swego czasu Agnieszka Maruszewska, która odnalazła ów artykuł, zamieściła go na swoim blogu Pokrewne Dusze, co stanowiło dla mnie potwierdzenie, iż o tych tytułach należy nadmienić.


Dziś na warsztat biorę Gwiazdę przewodnią autorstwa Joan (właściwie Jeanie) Gould  - uroczą powieść, wydaną przez Arcta po raz pierwszy już w roku 1889 (nazwisko autorki bywały niekiedy spolszczone, dlatego pojawia się ona również jako  Joanna Gould) w przekładzie zasłużonej tłumaczki literatury angielskojęzycznej, Zofii Hartinghowej (występującej również w formie Zofia Hartingh). Sama postać tłumaczki jest również bardzo zajmująca – dzisiejszym fanom ezoteryki i wszelkich nurtów filozoficznych z przełomu wieków znana może być jako autorka zbioru aforyzmów Ku światłu!: pokłosie myśli z niwy życia i ducha, wydanych również przez Arcta w 1935 roku. Hartinghowa jako tłumaczka pojawi się ponownie przy okazji innej pozycji reklamowanej w artykule, Słowik irlandzki.


 
Okładki pierwszego wydania amerykańskiego oraz V i VI wydania polskiego


Wracając do tematu niniejszego wpisu: jako Polacy możemy czuć się uprzywilejowani z powodu, iż już nasze babki i dziadkowie mogli czytać Gwiazdę przewodnią w ojczystym języku; obok oryginału i translacji na język duński (Hvem er hun? [Kim ona jest?], 1913) to jedyna dostępna wersja tego dzieła. Wydana w roku 1872 jako Marjorie’s Quest powieść do literatury polskiej weszła niejako tylnymi drzwiami: jak stwierdzili nasi rodzimi sienkiewiczolodzy (w tym również Wiesław Kot), nasz największy pisarz dobry wielkiego realizmu zapoznał się z tym tytułem podczas pobytu w domu przyjaciółki, Teofilii Szumlańskiej. Dziełko amerykańskiej pisarki miało zachwycić autora Quo vadis do tego stopnia, iż postanowił napisać powieść w podobnym tonie dla młodzieży polskiej; według znawców W pustyni i w puszczy (1910–1911) relacje między Nel a Stasiem Tarkowskim miały być inspirowane nietypowym przedstawieniem więzów głównej postaci powieści, tytułowej (z początku kilkuletniej) Marjorie z nastoletnim Rexem. Jako ciekawostkę można dodać jeszcze fakt, iż piosenkę zespołu 2+1, która towarzyszyła pierwszej ekranizacji powieści z 1973 roku, zatytułowano właśnie Gwiazda przewodnia.


Ilustracje z polskiego wydania VII (1930) w wydawnictwie M. Arcta

Jest to bardzo wciągająca, świetnie napisana opowieść o losach dorastającej dziewczynki, którą wichry losu miotają między różnymi ludźmi, środowiskami, domami, a jak się okaże również na samym końcu, wrogimi stronami w wojnie secesyjnej (1861–1865). Jest to kolejna historia o sierotce, która podbija serca bogatych państwa, na samym końcu zaś odnajduje swojego ojca, przez co potwierdzone jest jej wyższe pochodzenie; silną inspiracją do Jeanie Gould była więc, jak można bez trudu stwierdzić, powieść Marii Susanny Cummins, The Lamplighter (Latarnik [z Bostonu] aka. Tajemnica Gerty, 1854). Fabuła Gwiazdy przewodniej zawiera jednak zdecydowanie więcej zwrotów akcji niż, mimo wszystko bardziej realistyczna, powieść z połowy wieku; w wyniku upadku z okna bohaterka traci pamięć, przez co – przysposobiona ponownie przez środowisko żebraków – tworzy od nowa swą tożsamość: znana będzie ostatecznie pod trzema różnymi imionami. Rozwiązania współczesnych scenarzystów oper mydlanych i telenowel (w rodzaju tych południowoamerykańskich, ale również Mody na sukces) swój początek mają bowiem w dramatycznych zwrotach akcji teatru dramowego końca XVIII wieku oraz właśnie powieści popularnej wieku XIX: pod tym względem Gwiazda przewodnia mogłaby służyć za swoistą encyklopedię. Nagromadzenie wątków kryminalnych i sensacyjnych, wielokrotnie wykorzystywane elementy maskarady, a do tego wszystkiego pojawiająca się na samym końcu sceneria wojny domowej i trudny do rozplątania żmut losów Marjorie i Rexa-żołnierza na starym Południu tworzą iście wybuchową mieszankę. Co również nadaje powieści pewnych walorów edukacyjnych to fakt, iż odzwierciedla ona dość wiernie i malowniczo realia życia lat 50-tych i 60-tych XIX wieku na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych – opisy zarówno bogatych jak i biednych dzielnic metropolii takich jak Nowy Jork czy Filadelfia, odzwierciedlenie warunków podróży oraz rozrywek towarzyskich tamtych czasów z pewnością mogą poszerzyć horyzonty myślowe młodego (ale nie tylko) czytelnika. 


 
Polske wznowienia powojenne; z 1992: wydawnictwa Graf oraz Bellona, z 1995: Siedmioróg

Podejrzewam więc, iż wznowiona po Wielkiej Wojnie w 1919 roku Gwiazda przewodnia była niejako hołdem dla zmarłego trzy lata wcześniej w szwajcarskim Vevey Henryka Sienkiewicza. We wczesnych wydaniach (jak można zauważyć również w przywołanej recenzji-reklamie z „Mojego pisemka”) zachowano oryginalne imię bohaterki – Marjorie (w tekście pojawia adnotacja z fonetycznym brzmieniem tego imienia, Mardżi); w jednym z późniejszych wydań zmieniono je na bardziej swojskie Małgosia. To wydanie było podstawą dla nieocenionego gdańskiego Grafu, który wznowiło powieść w 1992 roku w serii „dziewczęcej”; kuriozalnie w tym samym roku swoją wersję wypuściło wydawnictwo Bellona, trzy lata później zaś także Siedmioróg. Były to pierwsze powojenne i jedyne wznowienia tej powieści; jest to zresztą jedyne jej dzieło, jakie ukazało się w naszym kraju, mimo iż zmarła w 1921 roku Gould napisała w sumie siedem tytułów.

wtorek, 17 stycznia 2017

Droga do Zielonego Wzgórza / Budge Wilson

100-lecie wydania pierwszej i najsłynniejszej powieści L.M. Montgomery i prawdopodnie najsłynniejszej kanadyjskiej powieści na świecie, czyli Ani z Zielonego Wzgórza (Anne of Green Gables, 1908) Kanadyjczycy postanowili  uczić na różne sposoby, w tym wydaniem powieściowego prequela (czyli dzieła opisującego wydarzenia sprzed tych składających się na pierwszą Anię). Pracę tę zlecono Budge Wilson (urodzonej w 1927 roku), popularnej autorce i ilustratorce książek dla dzieci i młodzieży; pochodzi ona swoją drogą z Nowej Szkocji (z Halifaxu), w której – jak wiemy z dzieł samej Montgomery – urodziła się rudowłosa bohaterka wczechczasów. Powieść zatytułowana Droga do Zielonego Wzgórza (Before Green Gables) ukazała się w Kanadzie w 2008 roku (polski przekład Agnieszki Kuc – zasłużonej tłumaczki literatury kanadyjskiej, nie tylko Montgomery, ale także Munro, Wydawnictwo Literackie wydało rok później).

Kanadyjskie i polskie pierwsze wydania Drogi do Zielonego Wzgórza (2008, 2009)

Przyznam, że długo opierałem się pomysłowi przeczytania tego dzieła – intuicja była tym razem słuszna. Powieść, mimo najlepszych starań autorki, nie ma w sobie nic z ciepłego stylu Montgomery i nie jest to ewidentnie kwestia przekładu. Można by domniemywać, iż dzieło to będzie swoistym peanem na cześć Nowej Szkocji, jednak nic bardziej mylnego – akcja większości opisywanych wydarzeń osadzona jest podczas surowej zimy, której mała Ania musi samotnie stawiać czoła. Opisywane domy, farmy czy tartaki z pewnością nie będą kojarzyć się z barwnymi miejscami, które stworzyła z nich Maud, lecz nasuwać będą na myśl realistyczne opisy biedy, które wyszły spod pióra Dickensa, Hugo czy Zoli. A przecież książka przeznaczona jest, oprócz tego, że dla wszystkich miłośników Montgomery na świecie (którzy sięgnąć by po nią mogli z pobudek nostalgicznych), przede wszystkim dla młodzieży! Ten depresyjny, naturalistyczny ton z pewnością nie przemówi do młodego czytelnika, który zarówno po postaci rudowłosej sieroty, jak i faktu, że akcja powieści osadzona jest w świecie związanym z sielonkowymi Avonlea czy Charlottetown oczekuje od niej zgoła czego innego. To bardzo przykre, że wydanie tej ksiązki w ogóle doszło do skutku, jednak najgorszym błędem wydaje mi się powierzenie zadania w niewłaściwe ręce.

Budge Wilson, autorka Drogi do Zielonego Wzgórza

Nie zamierzam bynajmniej wygłaszać apologii Wilson, jednak należy przyznać, że dość skrupulatnie zabrała się do odtworzenia losów Ani przed przybyciem na Zielone Wzgórze, a pamiętać należy, że informacje o nich zawiera nie tylko piewszy tom (przede wszystkim rozdział zatytułowany [w przekładzie Bernsteinowej] Historia Ani, gdzie mowa jest o kolejnych domach i rodzinach, u których mieszkała bohaterka zanim trafiła do sierocińca), ale również trzecia z kolei część cyklu, Ania na uniwersytecie (Anne of the Island, 1915), w której Ania faktycznie odwiedza dom swojego urodzenia w miejscowości Bolingbroke w Nowej Szkocji i otrzymuje pakiet listów, które pisali do siebie jej zmarli na febrę rodzice – słucha przy tym relacji kobiety, która pamięta jej narodziny. Kilka faktów o najwcześniejszym dzieciństwie Ani przewija się zresztą i w pozostałych częściach cyklu.

W Podziękowaniach, dołączonych do swej powieści, Wilson pisze: „Wiele osób, które doskonale znały serię książek o Ani, pomogło mi, gdy poszukiwałam informacji o tym, co działo się z Anią, zanim poznała Mateusza Cuthberta na stacji kolejowej na Wyspie Księcia Edwarda”, nazywając je „świetnie zorientowanymi miłościkami L.M. Montgomery”; stwierdzenie to sugeruje, iż sama autorka prequela do tychże miłośników siebie nie zalicza, co tylko potęguje moje i tak wielkie już zdziwienie.

Historia Ani oparta jest na znanym schemacie powieściowym, który kolokwialnie można by okreslić powiedzeniem „z deszczu pod rynnę”; ten typ historii najlepiej ukazuje przykład powieści autorstwa amerykańskiej abolicjonistki, Harriet Beecher Stowe, Chata wuja Toma (Uncle Tom’s Cabin, 1952), w której  tytułowy niewolnik Tom przechodzi z rąk jednego właściciela w ręce następnego, okazującego się zawsze gorszym od poprzedniego. Znany z pierwszej powieści o Ani schemat „dom rodzinny – rodzina Thomasów – rodzina Hammondów – sierociniec” Wilson rozbudowuje w powieść, która w polskim wydaniu obejmuje 440 stron. Autorka prawie zawsze konsekwentnie czerpie z lakonicznych informacji zawartych w dziełach Montgomery, opisując wyzysk Ani jako dziecięcej siły roboczej w prowadzeniu domu oraz przy opiece nad dziećmi – jak wiemy, w przypadku pani Hammond kilku par bliźniaków z rzędu. Krótki epizod w szkole, o którym wspomina Ania Maryli, przeradza się u Wilson w rosnącą fascynację młodej uczennicy Wyspą Księcia Edwarda, z której pochodzi i o której mówi jej nauczyciel podczas tych kilku nielicznych lekcji, na które Ani udaje się trafić. Pojawiają się oczywiście słynne wyimaginowane przyjaciółki Ani – Katie Maurice, ukazująca się w szybce kredensu należącego do Thomasów, oraz Violetta, która swymi echami pociesza bohaterkę podczas pełnego utrapień pobytu u Hammondów; pojawiają się również pierwsze próby kształcenia religijnego, jednak sposób, w jaki Ania odmawia swoje modlitwy, daleko odbiega od tego, który przyswoi jej Maryla na Zielonym Wzgórzu. Wyszukane słownictwo, jakim posługuje się młoda bohaterka, a które tak bardzo zaskakuje Mateusza i Marylę, u Wilson przyswojone jej zostaje przez byłego nauczyciela, u którego Ania kupuje jajka – pod wpływem jej uroku postać ta przechodzi wewnętrzną oraz zewnętrzną przemianę i żeni się z uczącą Anię nauczycielką z wiejskiej szkoły.

Nietrudno jednak natknąć się na pewne niekonsekwencje w stosunku do świata wykreowanego przez Montgomery: według relacji kobiety z Ani na uniwersytecie Thomasowie, którzy przygarnęli Anię po śmierci jej rodziców, nie mieli własnych dzieci; w powieści Wilson są oni wielodzietną rodziną już w momencie, kiedy bohaterka do nich trafia. W samej Ani z Zielonego Wzgórza przygarnięta sierota opowiada wprawdzie Maryli o pięknym dniu, w którym pan Thomas – u Wilson uroczy, ale upadły pijaczyna – zabrał całą rodzinę na piknik nad morze. Pod koniec prequela, w samym sierocińcu, pojawia się wprawdzie postać kasztanowłosej Lily Jones, brakuje jednak słynnej Hepziby Jenkins, której imię wydaje się Ani najbrzydszym na świecie.

Doprawdy nie wiem, co sądzić o Drodze do Zielonego Wzgórza, oprócz tego, że stanowi ona dla mnie istne kuriozum. Lektura jej była dla mnie żmudna i nie sprawiła mi przyjemności, jednak imperatyw Montgomeriański w jakiś sposób nakazał mi się zapoznać z jej treścią. Autorka co prawda starała się niekiedy puszczać oko do starszych czytelników – np. koty w domostwie Hammondów noszą „znamienne” dla Ani imiona duetu sławnych brytyjskich kompozytorów z przełomu wieków, Gilberta i Sullivana. Żadne jednak zabiegi autorskie nie osłodziły mi znoju brnięcia przez niezdarny tekst kanadyjskiej autorki.

Grafika do wydania DVD filmu Anne of Green Gables: A New Beginning (2008) oraz okładka powieściowej wersji scenariusza (2008)

Przy okazji tego krótkiego omówienia powieści Wilson nadarza się okazja do pewnego sprostowania; otóż nakręcony w tym samym 2008 roku z okazji 100-lecia Ani z Zielonego Wzgórza film wyreżyserowany i wyprodukowany przez Kevina Sullivana pt. Anne of Green Gables: A New Beginning nie jest ekranizacją prozy Wilson (powstała co prawda ekranizacja Drogi do Zielonego Wzgórza, jednak w 2009 w formie anime). Sullivan, wraz ze swoją małżonką i współscenarzystką Trudy Grant, napisali zupełnie inną, autorską wersję losów rudowłosej bohaterki. Film ten, jak od lat zauważam, nie spotyka się z ciepłym przyjęciem publiczności, która krytykuje go za zbyt lekkie potraktowanie faktów przedstawionych w książkach Montgomery. To prawda; o ile Wilson chciała trzymać się faktów przedstawionych we fragmentach cyklu o Ani, Sullivan miał przed sobą bardziej karkołomne zadanie: musiał stworzyć scenariusz, który byłby kompatybilny nie tylko z tymi krótkimi relacjami, ale równiez z pozostałymi filmami, które na podstawie prozy Montgomery nakręcił (już w przypadku trzeciej części, Anne of Green Gables: The Continuing Story, doszło do bardzo autorskiej kontaminacji wątków wziętych z różnych powieści o Ani, w tym także Rilli ze Złotego Brzegu [Rilla of Ingleside, 1921], dodatkowo skomplikowanej faktem przesunięcia wydarzeń w czasie i wynikającym z niego zmienionym wiekiem bohaterów).



Rodzina Thomasów w wersji Kevina Sullivana: młoda (Rachel Blanchard) i starsza (Shirley MacLaine) pani Thomas; w roli Ani Hannah Endicott-Douglas


W wersji Sullivana, która wydana została również w formie książkowej, dzieciństwo Ani, które ta przedstawiła Maryli, okazuje się wielkim zmyśleniem – co w przypadku dziewczynki o bujnej wyobraźni jest, moim zdaniem, dosyć ciekawym pomysłem; Sullivan bazował jednak wyłącznie na fragmentach z części pierwszej i absolutnie zignorował, bądź nie był świadomy istnienia relacji kobiety z Bolingbroke umieszczonej w trzeciej części cyklu. Po śmierci rodziców – która przedstawiona jest jeszcze w inny sposób, gdyż w wypadku umiera jedynie matka Ani, Berta, ojciec zaś, Walter, w tajemniczy sposób po prostu znika – bohaterka umieszczona zostaje w przytułku, który przypomina koszmarne sierocińce zamieszczkałe przez Dickensowskiego Olivera Twista czy też Jane Eyre, bohaterkę powieści Charlotte Brontë. Tam Ania poznaje starego Waltera, od którego uczy się swojej słynnej formuły – teorii o pokrewnych duszach (kindred spirits). Wielodzietna rodzina Thomasów, również osierocona przez ojca, stanie się dla Ani przybraną rodziną w jeszcze większym stopniu niż zamierzyła to sama Maud – ojciec Ani będzie miał z młodą panią Thomas romans, który po wielu latach skończy się ich małżeństwem, przez co Ania zyska przyrodniego brata. Postać Hepziby Jenkins, o której Wilson w ogóle nie wspomina, u Sullivana przywołana zostaje w osobie wiernej służącej starszej pani Thomas. O tego typu rozwiązaniach i nawiązaniach do motywów wyjętych z powieści o Ani pióra Montgomery stworzyć by można osobny artykuł, co nie zmienia faktu, iż odbiór filmu – zarówno na świecie, jak i w Polsce – od początku (a niedługo minie już 10 lat od jego nakręcenia) pozostaje niezmiennie negatywny.

środa, 28 grudnia 2016

Kobziarz / Lucy Maud Montgomery

Tym razem chciałbym pochylić się nad wierszem, który z pewnością znają wszyscy wielbiciele L.M. Montgomery: chodzi o utwór Kobziarz (The Piper), którego autorem w Rilli ze Złotego Brzegu (Rilla of Ingleside, 1921) miał być poległy w bitwie pod Flers-Courcellete (15–22 września 1916) Walter Blythe, syn Ani i Gilberta. W rzeczonej powieści wiersz nie został zaprezentowany czytelnikom w całości, gdyż w tamtym czasie – w roku 1921 – jeszcze fizycznie nie istniał. Maud napisała go dużo później, a oddała do publikacji dopiero w 1942 roku wraz z maszynopisem Anii z Wyspy Księcia Edwarda (The Blythes Are Quoted). 

Kanadyjski bon wojenny (wpływy przeznaczone  były na utrzymanie żołnierzy na froncie)

Jak mogliśmy dowiedzieć się już z wcześniejszych części cyklu (głównie z wydanej w 1919 Doliny Tęczy [Rainbow Valley]), Walter Blythe – w odróżnieniu od swego brata Jema (w polskich tłumaczeniach Jima lub Kuby) – był chłopcem wrażliwym i refleksyjnym, przejawiał spory potencjał poetycki. Postać kobziarza również pojawia się już w tym tomie, a związana jest z legendą pochodzącą z Dolnej Saksonii; tłumacze polscy mieli spore problemy z przełożeniem nazwy tej postaci na język polski, stąd u Janiny Zawiszy-Krasuckiej mowa jest o „Srokatym kobziarzu”, w innych tłumaczeniach  - Grażyny Szaraniec, Bogumiły Kaniewskiej oraz Anny Dorożalskiej - pojawia się z kolei „Szczurołap”, u Jolanty Bartosik – „wędrowny grajek”. „Kobziarz”, na którego przystał Grzegorz Rejs, zdaje mi się najlepiej oddawać złożoność tej postaci.


Z jednej strony nawiązuje ona do niemieckiej baśni o Szczurołapie z Hamelin, który został przez zarząd miasta wynajęty do wypędzenia szczurów, gdyż taką umiejętność posiadał, wygrywając melodie na swojej fujarce (słowo „the pipe” posiada w języku angielskim multum znaczeń, w tym również rurki, piszczałki itd.); ponieważ jego praca nie została wynagrodzona, Szczurołap zemścił się i wyprowadził w ten sam sposób dzieci mieszkańców Hamelin – ślepo pożądały, jakby we śnie, za tajemniczą melodią Szczurołapa. Montgomery nazwała tę fantazmatyczną postać „the Pied Piper” (stąd u Zawiszy-Krasuckiej ten dziwny przydomek „Srokaty”), a trzeba dodać, że jest to oficjalne tłumaczenie postaci tytułowej wspomnianej baśni niemieckiej zatytułowanej Rattenfänger von Hameln (warto może nadmienić, że nie wyklucza się, iż ów Szczurołap był postacią historyczną – istnieją o nim notatki w kronikach miejskich; część badawców motywu widzi w nim również personifikację niemieckiego exodusu do Siedmiogrodu [Transylwanii], obecnie znajdującego się na terenie Rumunii).

Wyobrażenie Szczurołapa z Hameln z XVI-wiecznej kroniki niemieckiej

Z drugiej strony postać kobziarza w kulturze krajów związanych z historią Zjednoczonego Królestwa – w tym byłych kolonii oraz dominiów brytyjskich (jak Kanada) – oznacza po prostu kobziarza, który prowadzi do bitwy szkockie regimenty, maszerując na przedzie i wygrywając podniosłe tony. Dla mieszkańców Wyspy Księcia Edwarda, których spora część mogła pochwalić się pochodzeniem szkockim, tym właśnie – przede wszystkim – był kobziarz. Postać tę można ujrzeć w licznych filmach przedstawiających okres Wielkiej Wojny – m.in. w produkcjach Kevina Sullivana (np. w An Avonlea Christmas), gdzie umundurowani młodzieńcy z Wyspy wyprowadzani są z Charlottetown przy rzewnych dźwiękach kobzy.


Sceny z filmu An Avonlea Christmas (1998), Zachary Bennett jako Felix King

Pełen symbolicznego piękna, poetycki motyw kobziarza, pojawiający się na ostatnich stronicach Doliny Tęczy, w Rilli zostaje rozbudowany, czego najlepszym przykładem jest swoiste „proroctwo”, włożone przez autorkę w usta przyszłego żołnierza-poety, Waltera, w momencie, kiedy ogłoszony zostaje wybuch Wielkiej Wojny:
Nim ta wojna minie - rzekł cedząc słowa przez zaciśnięte zęby - każdy mężczyzna, kobieta, każde dziecko w Kanadzie będzie ją czuło. Nawet tobie, Mary, da się we znaki. Będziesz czuła ją każdym nerwem, każdą tkanką swego ciała. Będziesz płakała krwawymi łzami, przeklinając wojnę. Kobziarz przyszedł i grać będzie na swej kobzie, aż wszystkie najdalsze zakątki świata usłyszą jego straszną i niesamowitą melodię. Lata miną, nim skończy się ten straszliwy taniec śmierci, a podczas tych lat wojna napełni rozpaczą miliony serc ludzkich. 
(wszystkie przytaczane w artykule fragmenty Rilli ze Złotego Brzegu są w tłumaczeniu Janiny Zawiszy-Krasuckiej)
Na temat wiersza autorstwa Waltera Blythe’a możemy znaleźć następujące ustępy w tekście samej Rilli ze Złotego Brzegu (pierwszy akapit pochodzi z listu Waltera do Rilli, z początkowego okresu jego doświadczeń na froncie zachodnim, następne zaś od narratora):
Załączam krótki wiersz, Rillo. Pisałem go pewnego wieczoru w okopach przy świetle wątłego ogarka, właściwie myślałem o nim wówczas i nie wiem nawet, kiedy go przelałem na papier. Dawniej miewałem takie chwile natchnienia, ale nigdy nie było ono tak realne, jak teraz. Dlatego pewno wysłałem mój wiersz do londyńskiego „Spectatora”. Wydrukowali go i przysłali mi dzisiaj egzemplarz. Sądzę, że ci się będzie podobał. Jest to jedyny wiersz, jaki napisałem na froncie.
Wiersz był krótki, ale prześliczny. Po miesiącu imię Waltera stało się sławne prawie na całym świecie. Wszystkie pisma przedrukowały jego wiersz, a oddziały Czerwonego Krzyża starały się o to, aby był recytowany na wszystkich propagandowych zebraniach. Matki i siostry płakały czytając go, młodzi chłopcy pod wpływem tej poezji nabierali entuzjazmu i całe niemal społeczeństwo uważało ten krótki wierszyk za symbol bólu i łez, które owładnęły Europą. Kanadyjski chłopak w wojennych okopach napisał piękny utwór o wojnie. „Kobziarz” Waltera Blythe stał się niejako utworem klasycznym od chwili, kiedy został wydrukowany.
Rilla przepisała go do swego pamiętnika na samym początku opisanych zdarzeń z ubiegłego tygodnia.

20 czerwca 1916 roku, kiedy wiersz już się „uklasycznił”, Rilla napisze w swoim pamiętniku:
Pan Meredith żegnał żołnierzy serdeczną przemową, a Rita Crawford recytowała „Kobziarza”. żołnierze wrzeszczeli jak opętani: „Pójdziemy, pójdziemy, nie stracimy wiary”, ja zaś byłam taka dumna, że to mój najdroższy brat napisał ten wiersz, który prawie wszyscy w Glen umieli na pamięć. A potem spoglądałam na khaki szeregi i dziwiłam się, Ŝe niemal ci wszyscy żołnierze byli tymi samymi chłopcami, z którymi niegdyś bawiłam się, jak byli jeszcze dziećmi. Coś widocznie nagle zrodziło się w ich duszach, coś oderwało ich od ziemi ojczystej, szli na zew Srokatego Kobziarza.

Po bitwie pod Flers-Courcelette i śmierci Waltera Rilla otrzymuje list, w którym Walter – w wigilię swojej śmierci – znów proroczo przywołuje figurę kobziarza:
Rillo, wiesz, że miewałem zawsze jakieś wizje. Przypominasz sobie Srokatego Kobziarza - nie, ty tego pamiętać nie możesz - byłaś wówczas za młoda. Pewnego wieczoru, bardzo dawno temu, gdy Nan, Di, Jim i Meredithowie oraz ja siedzieliśmy w Dolinie Tęczy, nawiedziła mnie wizja, która była proroctwem dzisiejszych dni. Rillo, widziałem Kobziarza idącego przez Dolinę, a za nim ciągnęła się smuga srebrzystego pyłu. Wszyscy obecni myśleli, że blaguję, ale ja naprawdę go widziałem w owej chwili. Wyobraź sobie, Rillo, że po raz drugi widziałem go wczoraj. Widziałem go, jak szedł przez pole, od strony naszych okopów do okopów niemieckich, widziałem jego wysoką postać, jak trzymał kobzę, a za nim szły masy chłopców w mundurach. Rillo, powiadam ci, że go widziałem, to nie była fantazja. Słyszałem wyraźnie wygrywaną przez niego melodię, potem zniknął. Ale widziałem go i orientowałem się, co to znaczy, orientowałem się, że ja jestem wśród tych, którzy idą za nim. Rillo, Kobziarz zagra mi melodię śmierci jutro. Czuję to na pewno. Wyobraź sobie, że nie lękam się wcale. Gdy dowiesz się o tym, że zostałem zabity, przypomnij sobie moje słowa. Zdobyłem tutaj w okopach swą wolność, uwolniłem się od lęku. Nigdy już lękać się nie będę - nawet śmierci, nawet życia, jeżeli będę żył dalej. Życie mżŜe byłoby dla mnie trudniejsze, bo nigdy już nie będzie posiadało dawnego piękna. Lecz czy mi życie sądzone, czy śmierć, nie lękam się, Rillo-ma-Rillo, i nie jest mi przykro, że tutaj przyszedłem. Jestem zadowolony. Nigdy nie będę już pisał poezji, o czym marzyłem niegdyś, lecz pomogłem wywalczyć w Kanadzie prawa dla poetów przyszłości dla poetów i marzycieli nie tylko Kanady, ale całego świata. Tak, zadowolony jestem, że tu przyszedłem, Rillo. Walczymy wszyscy za przyszłość i zwyciężymy, nie wolno o tym wątpić ani przez chwilę, Rillo. Bo nie tylko żywi walczą - umarli walczą także. Armia umarłych nie może zostać przez nikogo zwyciężona.

Tymczasem kiedy w 2011 tom Ania z Wyspy Księcia Edwarda (The Blythes Are Quoted) ukazał się na rynku polskim, czytelnicy – zapoznawszy się z całością wiersza – poczuli się zawiedzeni; oczekując wrażeń, jakie obiecane im zostały w Rilli, ta „przeciętna rymowanka” – jak określony został wiersz – mogła rozczarować. Przyznam, że w momencie, kiedy sam zapoznałem się z tym utworem (w przekładzie Doroty Wierzbickiej), sam miałem podobne wrażenia. Nie mogąc do końca uwierzyć, aby Maud – jak wiemy, zapalona, aczkolwiek nie do końca spełniona poetka, mogła swój najważniejszy wiersz po prostu tak zaniedbać, zajrzałem do oryginału; i tutaj, dzięki Bogu, nie przeżyłem rozczarowania! The Piper w oryginale jest utworem pięknym, podniosłym, bogatym w znaczenia, gęstym semantycznie. Jaka szkoda, że tłumaczce nie udało się oddać (w miejscu, które – jak łatwo się domyślić – rozpropaguje ten wiersz najszerzej!) ani jego nastroju, ani rytmu, ani treści!

Oto oryginał wiersza The Piper:
One day the Piper came down the Glen… 
Sweet and long and low played he! 
The children followed from door to door, 
No matter how those who loved might implore, 
So wiling the song of his melody 
As the song of a woodland rill.  
Some day the Piper will come again 
To pipe to the sons of the maple tree! 
You and I will follow from door to door, 
Many of us will come back no more… 
What matter that if Freedom still 
Be the crown of each native hill? 

Nie wdając się na razie w szczegóły znaczeniowe, poddaję ten utwór krótkiej analizie: składa się z dwóch zwrotek (każda o sześciu wersach) o nieregularnej liczbie sylab: ta oscyluje od najniższej 7 (drugi wers pierwszej zwrotki) po 10 (czwarty i piąty wers pierwszej zwrotki, drugi i trzeci wers zwrotki drugiej). Nieregularna liczba sylab, obca dla polskiego ucha, zostaje jednak wyrównana pauzami, które również potrzebują swojego czasu „sylabowego” na wybrzmienie – w ten sposób, odpowiednio czytany, utwór nie sprawia wrażenia pociętego, lecz płynnego. To, co determinuje jego potoczystość, to stała liczba akcentowanych sylab – i w tym wypadku obie zwrotki posiadają identyczną budowę, tzn. tę samą ilość tzw. zestrojów akcentowych – różnych stóp metrycznych. W obu zwrotkach pierwsze cztery wersy mają po 4 akcentowane sylaby, dwa ostatnie zaś po 3. W zestawieniu tabelarycznym opisany powyżej układ wygląda w ten oto sposób:

Zwrotka pierwsza:                                                         Zwrotka druga:
Sylaby/sylaby akcentowane:                                    Sylaby/sylaby akcentowane:
9/4                                                                                       9/4
7/4                                                                                       10/4
9/4                                                                                       10/4
10/4                                                                                     9/4
10/3                                                                                     8/3
8/3                                                                                       8/3

W swym wierszu Maud stosuje różne stopy metryczne, w którym przeważają jamby oraz anapesty – dwu- lub trzysylabowe stopy z ostatnią sylabą akcentowaną.


Rymy ułożone są w następujący sposób:

Zwrotka pierwsza:                                                         Zwrotka druga:
a                                                                                            a
b                                                                                           b
c                                                                                            c
c                                                                                            c
d                                                                                           e
e                                                                                           e

Oto zaś oficjalne tłumaczenie wiersza w przekładzie Doroty Wierzbickiej, zamieszczony na początku Ani z Wyspy Księcia Edwarda:
Czy pamiętasz te chwile, kiedy Kobziarz zawitał? 
Czy pamiętasz dźwięk kobzy i dolinę wśród pól? 
Wielu poszło słuchając czaru jego wołania, 
Mimo przestróg, ostrzeżeń, gorzkich słów pożegnania. 
Wabił pieśnią wędrowca, cudną magią muzyki, 
Delikatnie szemrzącej niczym leśne strumyki. 

Przyjdzie Kobziarz raz jeszcze w pełną cieni dolinę, 
Zagra znów swoje pieśni pośród klonów i traw. 
I pójdziemy raz jeszcze znów od domu do domu, 
I umierać w cierpieniu nie żal będzie nikomu. 
Czy zaboli? Zaboli, lecz dźwięk rogu wolności 
Zabrzmi znów tryumfalnie cudną pieśnią przyszłości. 

Można od razu wyczuć, że polskie tłumaczenie ma zdecydowanie więcej sylab. W układzie tabelarycznym wygląda to w następujący sposób:

Zwrotka pierwsza:                                                         Zwrotka druga:
Sylaby/sylaby akcentowane:                                    Sylaby/sylaby akcentowane:
14/4                                                                                     14/4
13/4                                                                                     13/4
14/4                                                                                     14/4
14/4                                                                                     14/4
14/4                                                                                     14/4
14/4                                                                                     14/4

A więc poza wersem drugim (w obu zwrotkach) – po których zamiast ostatniej, brakującej sylaby można umieścić krótką pauzę – wszystkie zwrotki mają tę samą liczbę sylab oraz tę samą liczbę sylab akcentowanych. Tłumaczka wykorzystała tutaj typ wiersza anapestycznego, który posiada w polszczyźnie ugruntowaną tradycję (m.in. utwór Czaty Adama Mickiewicza). Szkoda, że zrezygnowała ze skrócenia dwóch ostatnich wersów w zwrotkach, który to zabieg wpływa na odbiór wiersza i nadaje mu podniosły, wojenny ton.


Tłumaczka praktycznie odwzorowała układ rymów, ale tylko w przypadku pierwszej zwrotki: nie zdecydowała się wykorzystać w drugiej zwrotce rymów ze zwrotki pierwszej (oraz, co jest już horrendum tłumaczeniowym, wielce istotnego powtórzenia frazy „from door to door”, do którego nawiązanie pojawia się jedynie w drugiej zwrotce!), co zdecydowanie negatywnie wpływa na koherencję wiersza:

Zwrotka pierwsza:                                                         Zwrotka druga:
a                                                                                            a2
b                                                                                           b2
c                                                                                            c2
c                                                                                            c2
d                                                                                           d2
e                                                                                           d2

Te – tylko na pozór nudne – szczegóły formalne wiersza determinują jego odbiór i przy próbie tłumaczenia – co, jak wiemy, w przypadku poezji jest wyjątkowo trudnym zadaniem – nie powinny zostać zignorowane, a mam wrażenie, że tak w tym wypadku się stało – z powodu braku doświadczenia, braku czasu?

Przechodząc następnie do szczegółów semantycznych, nadmienię, że postaram się je omówić pokrótce. Początek oryginału: “One day the Piper came down the Glen” nawiązuje w swojej budowie do ballady, narzuca charakter epicki, opisu konkretnego wydarzenia historycznego; polski przekład zaś, rozpoczynający się od frazy: “Czy pamiętasz te chwile...”, nacechowuje utwór niepotrzebnym i nieprzystającym tutaj liryzmem (“chwile” zaś w liczbie mnogiej odbierają całemu zdarzeniu jednorazowości, niepotrzebnie je multiplikując). Słowo “Glen”, pisane w oryginale wielką literą, nawiązuje oczywiście do miejscowości Glen St. Mary, z której pochodził Walter-poeta; polska tłumaczka nie uwzględniła (bądź uznała za nieistotną) tę informację, zamieniając Glen St. Mary na “dolinę wśród pól” (umieszczając ją zresztą w drugim, istotnym w oryginale wersie, w którym Montgomery różnymi – paradoksalnymi – epitetami określa grę kobziarza: “Sweet and long and low played he!” (słodko i długo – czyli nęcąco, przyjemnie, ale również rzewnie, smutno – elegijnie, poważnie). W oryginale to dzieci poszły za muzyką kobziarza, nie zaś “wielu”, a ostrzegały ich przed tym osoby, które darzyły ich miłością – nie odwodziły ich od tego bezosobowe przestrogi (skąd zresztą wzięły się tu “gorzkie słowa pożegnania”?)

W zwrotce drugiej dochodzi, zdaje się, do jeszcze gorszego horrendum: przestroga podmiotu lirycznego odnosi się do “sons of the maple tree”, nie zaś do mieszkańców “pełnej cieni doliny” (nawiązanie psalmiczne tłumaczki?) pośród klonów i traw; dla każdego obeznanego co nieco z geografią światową wiadome jest, że drzewo klonu jest symbolem Kanady! A więc to synów tego kraju wyprowadzi na wojnę kobziarz, z których – jak mówi nam oryginał – wielu nie powróci (warto zwrócić uwagę, że następuje tutaj identyfikacja podmiotu lirycznego z ofiarą kobziarza – “You and I will follow”, “Many of us will come back no more”), nie zaś – za polskim przekładem – “nie będzie nikomu żal umierać”. Końcowe dwa wersy zostały przez tłumaczkę oddane w zupełnie wolny sposób: śmierć poległych – w oryginale – ma zapewnić wolność, która ukoronuje każde rodzime wzgórze; w polskim przekładzie “dźwięk rogu wolności zabrzmi znów triumfalnie cudną pieśnią wolności”.

Jak nietrudno zauważyć, tłumaczka odebrała Kobziarzowi nie tylko wszystkie jego walory dźwiękowe i poetyckie, ale również całą jego kanadyjskość -  sprowadzając wszelkie lokalne treści do uniwersalnego przekazu związanego z doświadczeniami żołnierzy na froncie wojennym.

Tyle w kwestii tłumaczenia… Jeśli kogoś zainteresuje ten temat, może niech będzie to zalążkiem refleksji nad kwestią tłumaczeń poezji (ale nie tylko) na nasz rodzimy język oraz zaufania owym przekładom i dokonywania na ich podstawie ocen obcych autorów… Na szczęście wielbiciele Montgomery zaproponowali (głównie na forach jej poświęconych) własne tłumaczenia wiersza (niektóre z nich jeszcze zanim wyszła w Polsce Ania z Wyspy Księcia Edwarda), dużo lepsze i wierniejsze od przekładu, który dokonała profesjonalna tłumaczka i który opublikowało Wydawnictwo Literackie. 

John McCrae - pierwowzór postaci Waltera Blythe'a?

Ciekawostką jest, co zainspirowało Montgomery do stworzenia tego wiersza oraz na jakiej postaci wzorowała swojego Waltera Blythe’a – poległego poetę. Również sama historia wiersza, którą przedstawiła w Rilli (a którą starałem się oddać w przytoczonych powyżej cytatach) jest zainspirowana historią prawdziwego wiersza, który wyszedł spod pióra kanadyjskiego żołnierza poety – Johna McCrae'a (1872–1918) – i już na zawsze nadał Wielkiej Wojnie symbol czerwonego, rozkwitłego maku (Remembrance poppy).


Widowiskowe obchody setnej rocznicy wybuchu Wielkiej Wojny - wokół londyńskiej Tower ustawiono 888,246 ceramicznych maków (2014)

John McCrae, czterdziestodwulatek w momencie, kiedy wybuchła I wojna światowa, nie był już czynnym żołnierzem, na własne życzenie jednej przystąpił do niej w charakterze chirurga polowego. Po traumatycznych doświadczeniach związanych ze śmiercią swego przyjaciela po tzw. II bitwie pod Ypres (kwiecień/maj 1915 roku) napisał 3 maja wiersz zatytułowany In Flanders Fields (Wśród Flandrii pól/Na polach Flandrii), który ponad pół roku później, 8 grudnia, wyszedł w londyńskim magazynie “Punch”. Utwór zyskał uznanie i sławę dosłownie w momencie publikacji i jest do dziś jednym z najczęściej cytowanych i przytaczanych wierszy związanych z Wielką Wojną (jego fragment jest powielany do dziś na dziesięciodolarowym banknocie kanadyjskim). 

Oto tekst wiersza w oryginale:
In Flanders fields the poppies blow
Between the crosses, row on row,
That mark our place: and in the sky
The larks still bravely singing fly
Scarce heard amid the guns below. 

We are the dead: Short days ago,
We lived, felt dawn, saw sunset glow,
Loved and were loved: and now we lie
In Flanders fields! 

Take up our quarrel with the foe
To you, from failing hands, we throw
The torch: be yours to hold it high
If ye break faith with us who die,
We shall not sleep, though poppies grow
In Flanders fields.
A oto jego (moim zdaniem najbardziej udane) tłumaczenie na polski, zapożyczenia z bloga "tichy":
Wśród Flandrii pól kwitnący mak
krzyża za krzyżem barwi szlak,
kres naszych dróg. Skowronka lot
wzbija się ponad armat grzmot
co śpiew mu głuszy - dzielny ptak.
 
Nasz los to Śmierć. Wciąż życia smak
w pamięci trwa, choć miłość wszak
nie kończy się, nasz grób jest tu,
wśród Flandrii pól.  

Podejmij walkę, tam wciąż - wróg,
weź z rąk omdlałych złoty róg.
Niech zabrzmi znów, nie zawiedź nas,
Bo zburzysz nam spoczynku czas.
Zbudzimy się, choć maki śpią
Wśród Flandrii pól.
Wiersz, którego charakter najpierw przypisywała (na kartach Rilli), a później próbowała – z powodzeniem lub nie – oddać Montgomery, ugruntował w krajach angielskojęzycznych (a w obecnych czasach globalnej wioski już, zdaje się, w całym zachodnim świecie) symbol czerwonego maku jako rozpoznawalnego znaku Wielkiej Wojny. Przepiękna ta metafora polnego kwiatu barwy krwi poległych pochodzi z prozaicznego być może faktu, iż wybuchy bomb na polach Flandrii podczas wiosennych miesięcy, w trakcie których toczyła się wspomniana bitwa – rozproszyły nasiona maków po całym jej terenie; stąd też ciała poległych żołnierzy faktycznie wyglądały jak dzieci, które zasnęły magicznym snem na łąkach pełnych kwiatów… Przypomnijmy sobie scenę z powieści Franka L. Bauma Czarodziej z Krainy Oz (The Wonderful Wizard of Oz, 1900), w której uciekający przez pola pełne maków bohaterowie schwytani zostali w pułapkę, gdyż narkotyczna woń tych kwiatów miała ich na zawsze uśpić – z makówek wyrabia się przecież opium…

Ozdobne wydania utworu McCrae'a, zawsze z towarzyszącymi mu kwiatami maku

Co jeszcze ciekawsze, na wiele lat przed Wielką Wojną Lucy Maud Montgomery miała szansę poznać przyszłego wielkiego poetę osobiście – w 1910, podczas wizyty Generalnego Gubernatora Kanady na Wyspie Księcia Edwarda (dla zainteresowanych: szczegółowe informacje na ten temat znajdziecie w tym artykule). Nigdzie niestety nie zanotowała żadnej informacji dotyczącej ewentualnego zawarcia znajomości z doktorem McCrae’em, jednak po latach z pewnością fakt ten wiele dla niej znaczył. 

Ilustracja z magazynu "Kanada in Khaki" (1917-1919), nawiązująca do już wtedy słynnego wiersza In Flanders Fields

The Piper, jak wiemy, w swej ostatecznej wersji jest wierszem dwuzwrotkowym; pierwotnie jednak miał się składać, podobnie jak wiersz Johna McCrae'a, ze zwrotek trzech: informację tę możemy odnaleźć w specjalnym wydaniu rękopisu Rilli ze Złotego Brzegu, Readying Rilla : An Interpretative Transcription of L. M. Montgomery's Manuscript of 'Rilla of Ingleside' by Lucy Maud Montgomery, która ukazała się bardzo niedawno, w 2016 roku. Kiedy znajdziemy odpowiednie miejsce (cytowane powyżej) opisujące Kobziarza, łatwo spostrzec, że słowo “three” w odniesieniu do długości wiersza zostało przez autorkę w jednym fragmencie przekreślone, ale dodane w osobnej, dołączonej później do tekstu notatce - co ciekawe, w klasycznym polskim tłumaczeniu Janiny Zawiszy-Krasuckiej ta informacja została pominięta (co w tym przypadku paradoksalnie wyszłoby na korzyść koherencji Kobziarza), w innych, wspomnianych przeze mnie powyżej, jednak się pojawia.


Serdecznie podziękowania dla Agnieszki Maruszewskiej za pożyczenie mi egzemplarza Readying Rilla oraz uściślenie informacji dotyczących polskich przekładów Rilli ze Złotego Brzegu